Vuelxa: Różnice pomiędzy wersjami
Nie podano opisu zmian |
Nie podano opisu zmian |
||
| (Nie pokazano 1 wersji utworzonej przez jednego użytkownika) | |||
| Linia 87: | Linia 87: | ||
() materializacja świetlistego łuku | () materializacja świetlistego łuku | ||
Mając przy sobie katalizator - piękny okrągły opal, który dostała od Luciana - jest w stanie utrzymywać energetyczną broń | Mając przy sobie katalizator - piękny okrągły opal, który dostała od Luciana - jest w stanie utrzymywać energetyczną broń bez większych strat, pod warunkiem, że z niego nie strzela. Nie bez końca oczywiście. | ||
[[Plik:Vu444.jpg]] | [[Plik:Vu444.jpg]] | ||
| Linia 121: | Linia 121: | ||
[[Kategoria: | [[Kategoria:Nieaktywne]] | ||
Aktualna wersja na dzień 13:45, 8 cze 2020
| imię: Vuelxa |
| płeć: kobieta |
| rasa: Norn |
| rok urodzenia: 1310AE |
| miejsce urodzenia: Wayfarer Foothills |
| specjalizacja: łowczyni smoków |
CECHY ZEWENĘTRZNE
Vuelxa jest młodziutką Nornką średniego wzrostu. Jak się można spodziewać po jej młodym wieku, ma niemalże dziewczęcą urodę - rysy jej pociągłej twarzy wciąż są łagodne. Uwagę głównie przykuwają jej bardzo długie, proste włosy koloru promienistego blondu, które zaczesuje do tyłu i przytrzymuje na głowie błękitną opaską. Drugą rzeczą,która rzuca się w oczy jest jej niespotykana wśród Nornów spokojna postawa, wydawałoby się - arystokratyczna. Choć nie zawsze tak było. Niegdyś biegała rozczochrana nie przejmując się swoim wyglądem. Można powiedzieć, że była typem człopczycy. W Divinity's Reach musiała zmienić sposób bycia. Z początku niechętnie, z czasem przywykła do zmian i nawet je polubiła. Zrozumiała, że siła, zwinność i chęć przygód mogą iść w parze z dobrymi manierami, schludnym wyglądem i kobiecością. Odkryła także, że bardzo podobają jej się błyskotki z kamieniami szlachetnymi i innymi kryształkami.
DZIECIŃSTWO
Vuelxa, urodzona w roku 1310AE córka myśliwych - Vulpiny i Forexa Beastban'eów, była bardzo żywym pacholęciem; niczym promyczek słońca wpadała wszędzie i wszystkich zarażała swoim uśmiechem. Była także bardzo zapatrzona w swoich rodziców, chciała im dorównać, nie, chciała przewyższyć ich legendę. Oni jednak nie podzielali tego entuzjazmu. Wiedząc jak bardzo polowania uzależniają i definiują całą przyszłość Nornów, woleli by ich ukochane dziecko obrało inny kierunek w życiu. Starali się ją zainteresować zielarstwem, opowieściami o szamanach Duchów Dziczy czy temu podobnymi sprawami, lecz ruchliwy berbeć pozostawał nieugięty. Kiedy dziewczynka osiągnęła wiek i wzrost, który jej mama uznała za odpowiedni, otrzymała od niej swój pierwszy łuk - zwykły, drewniany, dostosowany do jeszcze dziecięcych rozmiarów (czyli i tak służyć mógłby dorosłej ludzkiej kobiecie niewysokiego wzrostu), ale JEJ. Nie rozstawała się z nim ani na sekundę. W myślach już wyobrażała siebie wypuszczającą strzały zdolne przebić najgrubszą nawet skórę lub łuski rozmaitych monstrów. Nie omieszkała o swoich marzeniach wspominać rodzicom, przy każdej możliwej okazji oczywiście.
Pierwszy raz na polowanie tata postanowił zabrać ją mniej więcej trzy lata po otrzymaniu łuku. Jego żona, czuwająca nad treningami córki, stwierdziła, że jest ona wystarczająco przygotowana by wziąć udział w łowach na minotaura. Mimo, że była to rutynowa czynność wykonywana przez mężczyzn regularnie w celu zdobycia mięsa, Vuelxa pękała z ekscytacji. Było bowiem coś, co ukrywała przed rodzicami, a jednocześnie bardzo chciała się tym pochwalić. Miała to być niezapomniana dla nich niespodzianka. I była. Trenowanie pod okiem mamy oczywiście sprawiało dziewczynce radość, ale nie od dziś wiadomo, że dla dzieci najfajniejszą rzeczą na świecie jest robienie niebezpiecznych lub zakazanych rzeczy samemu. Nie inaczej było z małą Nornką, która kłamiąc, że idzie bawić się z koleżankami w lesie, tak naprawdę szła sama ćwiczyć strzelectwo. Pewnego dnia, wpatrując się w cel przed puszczeniem naciągniętej cięciwy, zwróciła uwagę na promień słońca, od którego wyłonienia się zza chmur przez przebicie się przez korony drzew aż do muśnięcia drewnianej tarczy minął zaledwie ułamek sekundy, jednocześnie marząc by jej strzały leciały z równie zawrotną prędkością. Okazało się, że marzenia czasem się spełniają. Pod koniec treningu ów dnia jedna ze strzał rzeczywiście otulona została magicznym światełkiem co nadało jej pędu i mocy by wbić się niemal do połowy w solidną konstrukcję przeznaczoną nawet dla dorosłych Nornów ku zdziwieniu samej autorki wyczynu. Każdą następną wolną chwilę poświęcała na opanowywanie niespodziewanie nabytej umiejętności ukrywając ten fakt przed rodzicami. Aż nadszedł dzień polowania. Minotaur, wcześniej z łatwością wytropiony przez rodzinę, stał sam. Nie wyglądał na młodego, wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie podstarzałego samca, co czyniło z niego jeszcze łatwiejszą zdobycz. Mężczyzna, uzbrojony w topór, szedł przodem. Za nim podążały Vuelxa z mamą, obie dzierżyły łuk z tą różnicą, że dziewczynka strzałę miała już nałożoną, a kobieta na plecach niosła kołczan. Gdy zakradli się maksymalnie blisko granicy węchu dzikiego zwierza, Forex zaczął szarżę. Niespodziewający się czegokolwiek byk parsknął tak, że para buchnęła z nozdrzy, a jego kopyta same chciały ruszyć w stronę jedynej drogi ucieczki, którą odgradzała z pewnej odległości Vulpina z córką u boku. Wykorzystując moment dezorientacji minotaura Norn na chwilę ogłuszył ofiarę zdzielając jej łeb trzonkiem topora. Mama dała Vuelxie sygnał do strzału. Nie wiedzieć czemu, prawdopodobnie z ogromnej chęci zaimponowania rodzicom i buzującej adrenaliny, dziewczynka nie była zdolna skontrolować trajektorii lotu pocisku oświetlonego potężnym jak nigdy wcześniej blaskiem jej energii i ten zamiast w zwierzę, trafił w łydkę jej taty. Ocucony już byk nie zamierzał stracić okazji, jaką zapewniała mu nagła dekoncentracja napastnika i spuścił łeb by ugodzić myśliwego rogiem. Ten jednak był na to zbyt doświadczony i jednym wprawnym ciosem powalił składającego się do ataku minotaura jeszcze nim Vulpina zdążyła zareagować.
Szczęśliwie dla wszystkich, prócz zwierzęcia, rana nie okazała się groźna, choć jej magiczne podłoże dla pewności wymagało zaleczenia u również magicznego uzdrowiciela. Wieść szybko się rozniosła i biedna Vuelxa stała się obiektem kpin, zwłaszcza jej rówieśników, którzy trochę w obawie, żeby im czegoś przypadkowo nie zrobiła, przestali się z nią bawić. Przypadkowe postrzelenia po pijaku nie były rzadkością, ale żeby małoletnia Nornka prawie doprowadziła do śmierci ojca swoją niezdarnością? Nie, to stało się po raz pierwszy... i ostatni. Rodzice bowiem wydali córce absolutny zakaz polowań do osiągnięcia samodzielności. Nie wyrażali także zgody na dalsze ćwiczenia - ani z łukiem ani tym bardziej z użyciem energii. Na szczęście dla dziewczynki, Vulpina nie wytrwała długo w postanowieniu i pozwalała Vuelxie dalej trenować strzelectwo. Robiła to jednak tylko pod nieobecność taty spowodowaną łowami, najczęściej tymi kilkudniowymi. Forex z kolei, dręcząc się wyrzutami, że zabrał córce coś dla niej bardzo ważnego, gdy sam nie potrafi z tego zrezygnować, wynagradzał to jej częstymi wyprawami na ryby, które zresztą dziewczynka bardzo lubiła.
NIECO PÓŹNIEJSZY OKRES
Lata mijały, a nadopiekuńczy ojciec zdania nie zmienił. W okolicy zresztą też nie zapomniano wpadki i Vuelxa była zwyczajnie spalona - nie miała szans na znalezienie drużyny do ubijania potworów o czym nie przestała marzyć. Dlatego w roku 1328AE zaczęła zapuszczać się w swoich samotnych treningach coraz dalej od domu. Konkretnie na pierwszy cel obrała sobie Krytę - Queensdale i miasto Divinity's Reach. Przechadzając się jego uliczkami Vuelxa dostrzegła zza żywopłotu otaczającego okazałą posiadłość młodego chłopaka, być może w jej wieku, czytającego jakiś zwój po czym raz po raz wystrzeliwującego w niebo duchowe płomyczki. Dziewczyna wiedziała, że ludzie często przejawiają strażnicze zdolności, ale nie sądziła, że jest to wśród nich aż tak powszechne, żeby natknąć się na jednego już pierwszego dnia. Będąc wyższą i mając przy tym nieco większy zasięg słuchu, podsłuchała nieświadome tego faktu dwie swoje rówieśniczki żywo dyskutujące na temat owego chłopaka. Z tego co wyłapała, na imię ma on Ralagund, jest bogaty i rzekomo niezmiernie przystojny. Co jednak interesujące, jest bardzo ceniony głównie za swoje magiczne zdolności, których w jego wieku niepowstydziliby się najznakomitsi okoliczni czarodzieje o co ponoć są bardzo zazdrośni. To jej wystarczyło. Stwierdziła, że skoro jest tak dobry jak mówią, to pewnie nie będzie mieć problemu z nauczeniem jej co i jak. Śmiało ruszyła w stronę żywopłotu, wyprostowała rękę ku niebu i donośnie zawołała Ralagunda po imieniu. Nie tylko sam wywołany, ale także wcześniej wspomniane nastolatki oraz wszyscy inni przechodnie aż odwrócili się z wrażenia. Nie mniej jednak, młody mężczyzna, który okazał się jednak być kilka lat starszy od Nornki, wskazał jej furtkę by mogli normalnie porozmawiać. Poznawszy prośbę i pobieżnie streszczoną opowieść Vuelxy, zgodził się i zaprosił na dzień następny.
Dziewczyna stawiła się na miejscu nawet godzinę przed umówionym czasem, ale na szczęście zarówno Ralagund jak i jego dziadek - Lucian d'Orche, sławny mistrz wyrobów jubilerskich, już na nią czekali. To właśnie po Lucianie wnuk odziedziczył talent do magii strażniczej, choć starszy już pan nawet w czasach świetności nie dorównywał młodzieńcowi. Ralagund jednak zasugerował, po krótkiej prezentacji umiejętności Vuelxy, żeby to właśnie dziadek ją szkolił. Ten jednak, uśmiechając się przy tym tajemniczo, stwierdził, że lepiej będzie dla obojga, jeśli to właśnie Ralagund pomoże nowej znajomej. Ufając swojemu największemu autorytetowi, mężczyzna zgodził się. Pierwszy dzień zaczęli od zupełnych podstaw - teorii magii. Nornka wydawała się trochę znudzona wykładami, ale mimo to uważnie ich słuchała. Lekcja ta okazała się zresztą bezcenna dnia drugiego. Wiedząc już, że problemy z ustabilizowaniem wysyłanej energii mogły wynikać z braku katalizatora, Vuelxa bez obaw sięgnęła po przygotowany dla niej zaklęty szklany łuk, z którego miała za zadanie wystrzelić nie zwykłą strzałę, ale magiczny pocisk, który sama wytworzy. Efekt przerósł oczekiwania obojga - dawno nie uwalniana moc w połączeniu z całkowicie szklanym, magicznym przedmiotem doprowadziła w rezultacie do posłania nie świetlnej strzały, a prawdziwej bomby, która na szczęście eksplodowała i rozpłynęła się nim zdążyła w coś lub co gorsza - kogoś - uderzyć. Wzięła więc do rąk swój zwykły, drewniany łuk, do którego młody d'Orche przywiązał kilka magicznych kryształków. Z tej mąki jednak chleba nie było. Ralagund zrozumiał, że najodpowiedniejszy będzie dla niej łuk, który sama stworzy - z energii, jak pociski. I nad próbą osiągnięcia tego celu spędzili tydzień, niestety bez rezultatów. Mężczyzna podejrzewał, że winna jest niecierpliwość, z kolei Vuelxa z tyłu głowy miała swoje, teraz już dwa, potencjalnie groźne niepowodzenia. Tak czy inaczej, recepta była jedna - odgonić złe myśli i skupić się na czymś innym. Pretendent do miana nauczyciela wpadł na pewien pomysł, ale był jeden warunek - Nornka miała zamieszkać w Divinity's Reach. Tu pojawił się kolejny problem - pieniądze. Ralagund zaoferował "podopiecznej" tymczasowy pobyt w posiadłości, na co jednak nie chciał zgodzić się jego ojciec - Orest d'Orche, nie mający prawie w ogóle cech wspólnych ze swoim synem ani ojcem businessman, który dorobił się na umiejętnej sprzedaży dzieł Luciana. Vuelxie pozostało jedynie prosić o pomoc mamę, tata z pewnością nie pochwaliłby nauki sztuk magicznych. Na szczęście nie było to konieczne, najstarszy d'Orche wiedział jak urobić syna - zasugerował, że przyznanie stypendium młodej Nornce mogłoby wpłynąć pozytywnie na odbiór jego osoby w tych kręgach, w których jest uważany za bezdusznego dorobkiewicza, pomnażającego majątek za wszelką cenę, nawet po trupach.
Tak o to zaczęła się trwająca blisko pięć lat przygoda na studiowaniu magicznych klejnotów, sygnetów, symboli oraz samotnym wprawianiu się w walce łukiem. Wcześniej jednak, podążając zarówno za nakazem Oresta jak i wskazówkami Ralagunda, Vuelxa musiała dostosować się do tutejszych elit - miała układać włosy, "porządnie" się ubierać, przyswoić nowe słownictwo, nawet nauczyć się elegancko siadać - mówiąc krótko, musiała zmienić styl bycia. Jak się okazało, pomysł młodego wykładowcy był strzałem w dziesiątkę - to wszystko zaowocowało nabyciem przez dziewczynę spokoju, pokory, opanowania co skutkowało coraz to większą kontrolą oraz świadomością swoich możliwości (choć ta druga raczej wynikała z nauk teoretyczno-praktycznych samej magii strażniczej). Po dwóch latach od pierwszej, pamiętnej lekcji, była zdolna do tworzenia pierwszego zarysu energetycznego łuku. Po czterech i pół - opanowała już tę zdolność, w ocenie Luciana i jego wnuka, bardzo dobrze, tak jak zresztą wiedzę o wcześniej wspomnianych klejnotach, sygnetach i symbolach i umiejętność jej wykorzystania. Pozostała jedna sprawa - cnota - rzecz kluczowa dla strażników. Vuelxa od początku wiedziała, że nadejdzie moment wybrania tej jednej. Widząc niezdecydowanie uczennicy, Ralagund naprowadził ją na trop - miała znaleźć cechę wspólną wszystkiego, co uważa za najważniejsze. Po kilku dniach, w ludzkich standardach już kobieta, w końcu znalazła - samodyscyplina. Już samo wypowiedzenie tego słowa sprawiło, że w Nornce odetkał się jakiś kanał. Nie obyło się oczywiście bez ciężkiej pracy czyli właśnie samodyscypliny, ale po pół roku zgłębiła także i ten temat w stopniu ponadpodstawowym. Teraz już nie było rzeczy, której mogłaby się od d'Orche'ów nauczyć. Vuelxę zatkało - właściwie czekała na ten dzień, ale przez pięć wspólnie spędzonych lat nie mogła uwierzyć, że to już koniec nauki. Za zgodą wielmożów postanowiła zostać jeszcze trochę. Minął tydzień, wypełniony mechanicznie powtarzanymi już ćwiczeniami, nim zrozumiała, że mają rację - teraz musi sama wybudować swoją drogę w kierunku wskazanym przez Luciana i przede wszystkim Ralagunda, którym była dozgonnie wdzięczna.
CZASY OBECNE
Po opuszczeniu Divinity's Reach Vuelxa nie zamierzała od razu wracać do Wayfarer Foothills. Czuje, że powinna kuć żelazo póki gorące i zdobywać doświadczenie, takie najprawdziwsze z prawdziwych. Popytała w okolicy o drużynę, z którą mogłaby ruszyć nawet na starożytne smoki i została jej polecona Liga Sześciu Filarów. Mając niedaleko, udała się do wskazanej karczmy, w której po dłuższej chwili czekania zjawiła się przedstawicielka Ligii - Annie - i przeprowadziła szybką rekrutację. Wychodząc spotkała jeszcze kilka innych osób, które być może pozna w niedalekiej przyszłości.
Vuelxa nie może doczekać się udziału w pierwszej wspaniałej wyprawie, o której będzie mogła z dumą opowiadać w swoich rodzinnych stronach.
Stało się, pierwsza przygoda z Ligą za nią. Na prośbę Aeshri odpowiedziało jeszcze kilka osób, które stawiły (a niektóre może nawet lekko wstawiły) się w Karczmie - Forest, Vexon, Matt, Annie oraz spóźniony Adam. Misja miała polegać na rozejrzeniu się po ruinach Zielenistego Skraju i znalezieniu czegokolwiek, co mogłoby rozbudzić rzekomo utracone przez kobietę Sylvari wspomnienia. Vuelxa potraktowała to jako okazję by poznać członków Ligi oraz odwiedzić rejon, w którym wcześniej nie była. Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej - właściwie nie było czego zwiedzać, grupę otaczały same ledwo trzymające się ściany oraz niezbyt bezpiecznie wyglądające mosty; na pogawędki, ani tym bardziej szukanie wskazówek, nie było czasu, gdyż w stronę grupy ktoś posyłał strzały, z których wyrastały pnącza. Nie czekając na opinię innych, Adam uśmiercił napastnika, którym okazała się stara znajoma Aeshri - Fifi, co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację. Drużyna ruszyła dalej i trafiła na obóz, w którym uwagę głównie zwracała liczba śpiworów - dwa - oraz pięć kurhanów, w tym jeden należący do... Reashi, co Nornka zauważyła przygotowując ciało Fifi do pochówku, wcześniej oddając łuk należący do niej w ręce Vexona. Po odprawieniu krótkiego obrządku, wszyscy, z wyjątkiem Foresta i jego latającego drzewka - Paprocha, który według Adama oddalił się na swoim raptorze w kierunku osady jakichś Żab, ruszyli w drogę powrotną do drogowskazu. Jeszcze przed zapadnięciem nocy byli w Karczmie, jednak Vuelxa nie mogła zostać. Dziękując za wyprawę i prosząc o przekazanie pozdrowień dla Druida, który jeszcze nie dotarł, opuściła przybytek.
Gdy Aeshri ponownie poprosiła Ligowiczów o pomoc, Vuelxa oczywiście się zjawiła. Byłą ciekawa zarówno dalszej części historii jak i wyglądu zielonej części dżungli i jej mieszkańców - Itzel. W dodatku miała nadzieję upolować wiwernę, czego była "blisko", jednak drużyna, tym razem w nieco innym składzie, zdecydowała się na czyszczenie jaskini z grzybów. Nie dość, że nie znosiła ich od ostatniego spotkania, to jeszcze okazało się, że te osobniki poruszają się i strzelają! Aeshri zaproponowała by użyć Foresta (który najwyraźniej bezpiecznie wrócił po ostatnim razie) jako przynęty i wywabić chodzące paskudztwa na zewnątrz. Plan się powiódł, choć nie obeszło się bez niebezpiecznych sytuacji. Gdyby nie interwencja pewnego Sylvari, którym okazał się być dawny znajomy organizatorki wyprawy, jeden z Popielców mógłby pożegnać się z życiem. Ten sam farciarz zgarnął większość "łupów" - mały paktowy sztylet, kilka łańcuchów oraz wiaderko. Nornka nie bardzo wiedziała na co to wszystko dorosłemu Popielcowi, ale nie wnikała. Cieszyła się, że jej przypadła korona. Nieoczekiwany bohater - Shishu - zaproponował, że po skończeniu oczyszczania miejsca z jakiegoś powodu ważnego dla Itzeli udzieli wszystkim wyjaśnień. Po sprawnym wykonaniu zadania (zarówno dzięki wiedzy i doświadczeniu nowego starego towarzysza jak i dezorientacji grzyboludzi po stracie przywódcy), Vuelxa razem z resztą drużyny wyłączając człowieczego alchemika amatora, którego imienia nie zapamiętała, przeniosła się do karczmy, gdzie poznała przeszłość Aeshri.
Następnego dnia, z samego rana, młoda kobieta udała się do rodziny by pochwalić się trofeum i początkiem swojej legendy. W głębi duszy zdawała sobie sprawę, że wraz z Ligą dokonała wcale nie tak łatwego wyczynu, a mimo to nie była zadowolona - bo nie zrobiła tego sama, bo mogła być bardziej przydatna, bo to nie wiwerna i zresztą kto uwierzy w historię o grzybie w koronie na głowie? Obawy Nornki okazały się być słuszne - Forex uznał, że narażanie życia ścierając się z grzyboludźmi dla "jakichś przerośniętych Hyleków" jest głupotą, a nie - wyczynem godnym jego córki, a korona na ścianie nie prezentowałaby się tak okazale jak łeb wiwerny. Vulpina starała się jak mogła by poprawić dziewczynie humor, jednak sama po części zgadzała się z mężem. Rozczarowana, choć w niewielkim stopniu i głównie swoją postawą a nie komentarzami ojca, postanowiła odwiedzić Ralagunda i jego dziadka. Oboje słuchali opisu "polowania" z zapartym tchem i zdecydowanie docenili zasługi niedawnej podopiecznej bardziej niż ona sama. W dodatku Lucian ocenił, iż korona zrobiona jest ze złota. Nie wiadomo do kogo wcześniej należała, ani jakim cudem trafiła w posiadanie króla grzybów, ale z całą pewnością nadawała się na przetopienie. Vuelxa skierowana została przez d'Orche'a do znajomego złotnika. Wieczorem wszystko było gotowe - z trofeum wyszło dziesięć monet. Dwie zatrzymał sobie mężczyzna "za robociznę", więc w sakiewce zostało osiem - po jednej dla niej i reszty uczestników wyprawy - które zamierzała im zostawić podczas kolejnej wizyty w karczmie.
Vuelxa wyniosła z dżungli przede wszystkim doświadczenie. Teoria i praktyka - jedno idzie w parze z drugim, ale tak naprawdę są osobnymi elementami. To była jedna z pierwszych lekcji Ranagulda, którą teraz mogła zrozumieć, no właśnie, w praktyce. Obserwując sytuację z góry i analizując przebieg walki na chłodno, dostrzegała co mogłaby poprawić a czego dopiero musiała się nauczyć. Postanowiła zajmować się jedną rzeczą na raz - na pierwszy ogień poszła użyteczność - zadała sobie pytanie "Czy świetlnych strzał można użyć do czegoś więcej niż zadawanie obrażeń?" i liczy, że wkrótce znajdzie na nie odpowiedź.
UMIEJĘTNOŚCI
Bojowe:
- łucznictwo w stopniu zaawansowanym
- magia strażnicza
→ sygnety
→ symbole
Ulubionym symbolem Vuelxy jest Symbol Szybkości, który potrafi nakreślić nawet stopą, bez patrzenia w ziemię.
→ magia światła
() materializacja świetlistego łuku
Mając przy sobie katalizator - piękny okrągły opal, który dostała od Luciana - jest w stanie utrzymywać energetyczną broń bez większych strat, pod warunkiem, że z niego nie strzela. Nie bez końca oczywiście.
() wystrzeliwanie magicznych pocisków bez konieczności używania fizycznych strzał
Póki co pociski są dość jednolite, nie przeszywają przeciwników, nie może ich spuścić prosto z nieba ani zmienić kierunku ich ruchu w locie. Urozmaicenie tego ataku jest jednym z priorytetów Nornki.
→ manifestacja cnoty
Kobieta nie słyszała o tej umiejętności od Ralagunda. Trenując w ostatnich dniach, po zapisaniu się do Ligi, już na własną rękę, udało jej się to odkryć samej. Przejawia się to zdolnością przemieszczenia się z prędkością światła (niczym uderzenie błyskawicy) do niezbyt odległego punktu w zasięgu wzroku.
Półbojowe:
- "kamuflaż"
Vuelxa potrafi ukryć magiczne klejnoty czy sygnety w zbroi czy dodatkach do stroju. Wydaje jej się to praktyczniejsze i bezpieczniejsze niż noszenie w kieszeni czy w odsłoniętych miejscach.
Niebojowe:
- zapamiętywanie oraz odwzorowywanie
Podczas studiowania symboli u d'Orche'ów odkryła talent do rysowania. Mogłaby tworzyć mapy lub tatuować innych Nornów.
- łowienie oraz przyrządzanie ryb
Zna wiele technik łapania ryb, których nauczył jej tata oraz umie je sprawić i przyrządzać na wiele sposobów, co często robiła z mamą.
