James Falk: Różnice pomiędzy wersjami

Z L6F
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Nie podano opisu zmian
mNie podano opisu zmian
Linia 76: Linia 76:
|}
|}


==Historia postaci==
[http://l6f.pl/showthread.php?tid=110&pid=413#pid413 Odnośnik do Historii Jamesa na forum]
 
=== Namiot w kręgu palisady nazwany domem ===
Jestem James Falk. Pochodzę z małej "ludzkiej" osady na pustkowiach w stronę Maguumy...
 
<p class="MsoNormal">Ta, jasne, kogo ja chcę oszukać? Urodziłem się wśród bandytów i pomiędzy nimi dorastałem. Prawda boli, ale ten ból każe ci się wygadać. Mimo że bardzo chcesz o tym nie mówić byle komu, i tak powiesz, takie życie.</p>
 
<p class="MsoNormal">Więc mieszkałem w bandyckiej osadzie. Rodziców się nie wybiera, choć mogłem trafić gorzej. Ojciec był hersztem, matka to wiadomo, skoro kobieta wodza to ma pozycję uprzywilejowaną. Gdy byłem dzieciakiem stary nie dawał mi luzu. Musiałem czyścić broń, zasuwać z wodą, naprawiać palisadę, łatać dziury w namiotach. Nieźle ciężka robota jak dla małego chłopca, ale żarcie było w zamian w porządku. No i to że ojciec patrzył na mnie przychylnie. Co miało mi się przydać zupełnie niebawem...</p>
 
=== Czarnoskóra piękność ===
Tego dnia rozbudził mnie soczysty kopniak w brzuch. Otwieram oczy i słyszę: - [i]Wszystkiego najlepszego![/i] Żyjąc tak daleko od cywilizacji, często zapominasz o dniu sezonu jaki mamy, nie mówiąc o roku. Niektórzy z obozu, Ci co szli bliżej Drogi, przynosili takie informacje ze świata. Tak jakby to było bandziorom potrzebne. Przeliczyłem szybko na rękach, w sumie... to tego dnia skończyłem 17 lat.
 
<p class="MsoNormal">Urodziny to dla mojego starego było wielkie święto. Nie żeby moje, ale każdego z osobna. Wtedy zawsze wieczorami robili ucztę - rozpalali ognisko, piekli świnie, kurczaki czy ptaki moa. Matka znała się na gotowaniu, więc takiego żarcia to nigdzie nie znajdziesz. No, szkoda że już w ogóle nigdy nie odnajdzie się tej kucharki. Znowu te wspomnienia...</p>
 
<p class="MsoNormal">Ta, która mnie obudziła nazywała się Esmira - szesnastoletnia kobieta, całkiem niezła, ma się na czym oko zawiesić. Jedyny jej minus to fakt, że wydaje się mieć jaja większe od niektórych starszych bandziorów. Taka no, odważna, silna i przebiegła. Kumplowaliśmy się z dzieciństwa, w sumie zostało nam do teraz ale to nie to samo. Ona już od dawna mogła wychodzić na Drogę, kiedy ja jeszcze zakopywałem sławojki po starym.</p>
 
<p class="MsoNormal">- ''Wstawaj, Twój ojciec chce Cię widzieć'' - odrzekła i puściła mi oczko, po czym wyszła z namiotu. Dupę miała nieziemską.</p>
 
<p class="MsoNormal">Co takiego robi się w urodziny w bandyckim obozie? Chleje, pali i idzie dupczyć. Tak też było wieczorem, gdy wszyscy zasiedli by świętować kolejny rok mojego gnicia na tym zadupiu. Ojciec jak zwykle śpiewał, matka tańczyła z innymi dziewuchami ku uciesze reszty bandy. Ojciec wiedział, że czasami musi pozwolić by jego służalcy mogli sobie popatrzeć na jego kobietę, jak wywija biodrami i wije się niczym wąż po ściółce, żeby byli zadowoleni. Ja to miałem w dupie, posiedziałem chwilę i poszedłem do namiotu.</p>
 
<p class="MsoNormal">Chciałem ruszyć, dowiedzieć się co to jest Droga. Ciągle tylko gadali - akcja na Drodze, na Drodze spotkałem tego, tamtego, sramtego. Może sobie jeszcze korki w dupy wsadzali na tej Drodze - myślałem. Pah, teraz to takie śmieszne, patrząc na czasy kiedy człowiek nic o tym nie wiedział. Teraz mi wstyd. Wstyd za to, że byłem tak nieświadomy swojego położenia. Nie wiedziałem że należę do bandziorów i mój ojciec z matką na takiego właśnie mnie wychowują. </p>
 
<p class="MsoNormal">''Hej, co tak siedzisz sam?'' - rzekł czyjś kobiecy głos. To była Esmira, która wlazła do mojego namiotu. Miała na sobie ciężki, skórzany płaszcz. Była dobra w kamuflowaniu się, bo jej skóra i ten płaszcz idealnie się zlewały. Położyć ją koło gówna i nie zauważysz. Zawsze jej to chciałem powiedzieć, ale... Tak czy siak weszła do środka.</p>
 
<p class="MsoNormal">- ''Nie chce mi się słuchać pijackich przyśpiewek Esmiro. Wkurzają mnie, tym bardziej gdy widzę jak matka odprawia dzikie tańce.''</p>
 
<p class="MsoNormal">- ''I dlatego lubisz sobie posiedzieć tak sam co? Powiem Ci coś. Mnie też się tam nie chce siedzieć. Dobrze, że cię tu zastałam.''</p>
 
<p class="MsoNormal">To nie był jej naturalny ton głosu. Zawsze twarda i nieugięta, teraz mruczy jak kot. Zdziwiłem się i uważniej na nią spojrzałem. Zaczęła iść w moją stronę, powoli i... jakoś inaczej. Stanęła naprzeciwko mnie w lekkim rozkroku i popatrzyła na mnie od stóp do głów. Zerwałem się na nogi i zapytałem:</p>
 
<p class="MsoNormal">- ''W czym rzecz?''</p>
 
<p class="MsoNormal">Nie odpowiedziała, a tylko rozchyliła nieco płaszcz, wyciągając zza pazuchy flaszkę z winem. Ta, tak  jak gdyby mnie wino interesowało skoro przed chwilą zobaczyłem że pod tym płaszczem nie ma żadnej koszuli. Odkorkowała flaszkę zębami i wzięła łyk, po czym dała mnie. Rozsiadłem się wygodnie, przechyliłem flaszkę wlewając sobie napitek. Czułem że robi mi się gorąco - bardziej od wina czy od niej? Ta myśl ustąpiła innej, tej, że mam dość bycia traktowanym jak dzieciaczek przez swojego starego i cały obóz, a przede mną stała najlepsza okazja by to udowodnić. Zerwałem się z nóg, ona chyba na to czekała. Tym lepiej dla mnie.</p>
 
Po wszystkim, wstała naga z łoża i podeszła po płaszcz. Wyciągnęła z niego drewnianą papierośnicę i dała ją mnie, malując na swojej twarzy ten pociągający uśmiech który przez ostatnie dwie godziny napędzał mnie bardziej i bardziej. Świetne urodziny - pić, palić i dupczyć.
 
=== Droga ===
Żyło się dobrze. Esmira pozostała przy mnie i była tylko
moja, więc żaden fagas nie ważył się jej tknąć. Nie myślałem że tak będzie
wyglądać dorosłe życie, ale teraz każdy czuł przede mną jakiś respekt - czy to
ze względu na ojca, matkę albo umiejętności strzeleckich.
Tak, we władaniu pistoletami nie miałem sobie równych. To taki chyba dar, na
przekór losowi, gdyż stary nosił miecz i tarczę, matka zaś biła się sztyletami.
Była szybka i zwinna, tak jak ja.
 
Droga. Gdy pytałem co to, wszyscy mnie zbywali. Tym razem
było inaczej, miałem przekonać się na własne oczy czym jest ta cała Droga.
Stary dał mi grupkę kilku ludzi i miałem się słuchać najstarszego. Po co takie
przygotowania? Przecież wcześniej już wychodziłem na polowania i tym podobne,
ale stary miał rację - wtedy nie byłem gotowy na to by poznać prawdę o sobie i
świecie zamkniętym za drewnianą bramą osady.
 
Szliśmy jakiś kawałek, przy okazji gadając, podśpiewując. Tak
czy siak, podobno się zbliżaliśmy do celu. Nie było tam nic poza zwyczajną
drogą i kilkoma drzewami. Coś mi tego dnia powiedziało, że w powietrzu wisi
jakieś niebezpieczeństwo, że cos tu nie gra. Dupczyć to, zrobić co zrobić i
zakurzyć.
 
Krótka pogadanka na temat tego co robimy. Ma tu jechać grupa
osób z zapasami, które mamy od nich przejąć. Młody i głupi gówno wiedziałem o
tym że mamy ich tak naprawdę obrabować. No trudno, miałem ruszyć do nich i
"przejąć" towary. Zaczailiśmy się za drzewami.
 
Nuda, nuda i nuda. A cały czas jarać mi się chciało na
poczekaniu. Ale nie można było, jakkolwiek by się chciało, bo stary za uszy
wytarga lub gorzej.
 
Nadjechali - kilka marmoxów objuczonych towarami, do tego
zbrojni w złotych pancerzach i ubraniach. Ale jacy? Wielkie koty, małe karły z
długimi uszami, jakieś chodzące krzaki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Naprawdę zdziwiony patrzyłem się na nich, do momentu usłyszenia wystrzału.
Ruszyli. Na moment utkwiłem w stagnacji gdy patrzyłem jak ludzie z mojego obozu
idą "przejmować" towar. Gówno prawda. Rozmawiali z nimi językiem
stalowych szabli i ołowianych pocisków. Tamci najwyraźniej nie zrozumieli z
czym mają do czynienia. Zaskoczeni, padali na ziemię. Poczułem klepnięcie w tył
pleców, co oznaczało że albo ruszam albo kula w łeb. Gówniany interes. Zacząłem
strzelać, choć nie chciałem.
 
Po wszystkim nie odzywałem się do nikogo. Prowadzili marmoxy
do obozu, ciesząc się jak dzieci które właśnie dostały drewnianego konika do
zabawy. Gdy dotarliśmy do obozu, wrota otwarły się a wszyscy rzucili się
zobaczyć, co dzisiaj padło łupem. Alkohole, żarcie i moja niewinność, to
dzisiaj zgrabili i już nigdy nie oddadzą. 
 
=== Coup de grâce ===
Nigdy nie zapomnę tego miesiąca. Dziennie wstawałem i miałem
ochotę połknąć lufę swojego pistoletu i pociągnąć za spust. Dlaczego musiałem
się urodzić akurat wśród bandziorów? Czym sobie kurwa zasłużyłem na taki los?
Splunąłbym mu na twarz, gdyby się dało, ale oczywiście trzeba przełknąć tę
gorycz. Ale jak się miało okazać niebawem, będę miał rozwiązanie...
 
Matka wlazła do mojego namiotu gdy siedzieliśmy z Esmirą
przy żarciu. Też nie ma lepszy por, tylko przychodzić wtedy, gdy jestem zajęty.
Popatrzyłem na nią beznamiętnie i zapytałem w jakim celu przyszła.
- ''James, wyruszasz dzisiaj z nami na przechwycenie. Musimy rodzinnie zapolować''
co młody? Jak zjesz to przyjdź do nas, obgadamy plan i ruszymy.'' ''
Esmira popatrzyła na mnie z uśmiechem, po czym rzekła swoim nienaturalnym acz
pociągającym tonem przeznaczonym tylko dla mnie:
- ''No proszę, trójka przywódców rusza na polowanie.''
Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi, nic więcej. Skończyłem jeść i ruszyłem do
namiotu rodziców. Tam przeszliśmy przez pełne planowanie, znaczy oni wymyślali,
mnie to tam gówno obchodziło. Tym razem miał to być mniejszy transport, ale
bogatszy. Starzy nie chcieli powiedzieć co, więc byłem dodatkowo zaniepokojony.
Pożegnałem się z Esmirą, jedyną osobą dla której chciało mi się tu siedzieć,
choć wiedziałem że ona też swoje za uszami ma, jednakże to traci ważność przy
tym jaka jest dla mnie.
 
Ruszyliśmy w trójkę. Ojciec jak zwykle ze swoim mieczem i
tarczą, matka miała przy biodrach dwa długie ostrza, zaś ja z dwoma
pistoletami. Kroczyliśmy w równym szeregu. Przez chwilę poczułem coś innego niż
te perfidnie samopoczucie odkąd obrobiłem pierwszą karawanę. Idąc tak,
dostrzegłem w nich tych samych rodziców co kiedyś, za dziecka. Tego ojca, który
uczył życia i matkę, która dbała o Ciebie, byś coś zeżarł, ubrał się porządnie
i chodził spać o tej samej porze co inne dzieciaki i nie interesował się tym co
robią dorośli. I tutaj wpadłem między młot a kowadło - z jednej strony uczucie
do rodziców, z drugiej strony nienawiść do nich za to kim są. To wszystko nie
dawało mi funkcjonować, czułem się jakby spadło na mnie olbrzymie kowadło
morale.
 
Doszliśmy na miejsce, Droga była pusta a wzdłuż niej
rozwinął się pas wyschłych gałęzi krzaków, gdzieniegdzie kilka drzew, na
szczęście obrośniętych. Wdrapałem się na jedno z nich, ojciec schował się za
nim, zaś matka padła pod krzakami, by wyczekiwać. Do mnie należało dać znać,
kiedy transport będzie w odpowiednim miejscu by rozpocząć rabunek. Też mi
robota.
 
Nadjechali. Transport nie zawierał więcej jak dwa marmoxy i
sześciu strażników, uzbrojonych w broń białą. Z korony drzewa mogłem wyczytać
myśli ojca - ''Bułka z masłem''. Gdy minęli leżącą w krzakach matkę, uniosłem jeden
z pistoletów i wycelowałem w tego idącego z przodu. Wątły popielec ubrany w
jakieś złote szmaty, wyglądał jak klaun z jednej książki którą czytałem w
osadzie. Miał tępy wyraz mordy, oczy szeroko rozstawione zaś szczęka wysunięta
do przodu. Naciągnąłem kurek pistoletu.
Dzięki popielec doczekał się ozdoby pomiędzy tymi dwoma ślepiami, szkoda tylko
że nie spojrzy na siebie w lustrze.
 
Matka wystrzeliła jak z procy, rzucając nożami w dwójkę
strażników osłaniających tyły. Ojciec z rykiem wybiegł - ''To jest napad!''
Żegnajcie się z sakwami i życiem!'' A ja zostałem tam, u góry, choć miałem''
zeskoczyć. Razem z tym wystrzałem, odesłałem wszystko co na mnie ciążyło -
nienawiść do starych, do obozu i tego gdzie się znajduję. Została tylko pustka,
której nijak nie dało się wypełnić. Siedziałem tak dobrą chwilę, gdy usłyszałem
ryk ojca wzywającego na pomoc. Walka okazała się nieco trudniejsza niż im się
wydawało, tym bardziej że jeden z napadających siedział sobie beztrosko na
drzewie. Zlazłem z drzewa i rzuciłem się w wir. Zacząłem strzelać do
strażników, w sumie w dupie miałem to czy przeżyją czy nie. Odkąd straciłem
wiarę w świat, w którym się wychowałem, tylko moja kobieta rozpalała iskrę,
która pozwalała mi wieść ten usrany żywot.
 
Został tylko jeden strażnik - człowiek wysokiego wzrostu,
wyglądający majestatycznie w tej złotej płytówce i mieczem zdobionym głową lwa
u taszki. W jego oczach można było zobaczyć strach, najzwyczajniejszy w świecie
strach osoby która wie że zaraz zarobi nóż w gardło, cięcie w brzuch i pocisk
między oczy. Mimo tego skurczybyk stał dalej w pozycji bojowej, choć wiedziałem
że jego spodnie kolcze przeciekają właśnie gównem.
 
Ojciec  zamachnął
mieczem w powietrzu, matka otarła sztylety o siebie. Ruszyli we dwoje, jak hieny,
które właśnie zabierają się za wpieprzanie padliny. I właśnie w tym momencie do
głowy uderzyła mi ta myśl, która obróciła moje życie o sto osiemdziesiąt
stopni. Nie myślałem wtedy ani o sobie, ani o starych, tym bardziej o Esmirze.
Stanąłem w rozkroku. Pistolet w prawej ręce wymierzyłem w starego, ten w lewej
w matkę. Przebiegałem wzrokiem z jednej strony na drugą, upewniając się że
trafię. Obsrany strażnik jeszcze bardziej musiał się obsrać, tym razem chyba z
wrażenia gdy zobaczył jak dwójka parszywych bandziorów pada a z ich głów leje
się krew.
 
Zrobiłem to. Syn wyklęty zabił swoich wyklętych rodziców.
Nie było mi żal, nie było mi szkoda. Gdy tamten stał w osłupieniu, rzekłem
tylko:
- ''Spadaj stąd. Mam po jednym naboju w każdym z pistoletów, więc bez głupot.''
Zabieraj towar.
 
Podziękował mi. A o tym gównie nie żartowałem, naprawdę
poczułem że się zesrał. Popatrzyłem tylko na truchło ojca i matki. Nie czułem
do nich nic. Absolutne zero. Przeszukałem ciała poległych. Trochę żarcia,
jakieś naboje, zapasy, śmieci - wszystko to wrzuciłem do jednego, wielkiego
plecaka który jeden miał na plecach. Przyda się, wszak od teraz miałem wieść
życie samotnika z wiecznym bólem serca, że musiałem zostawić w starym świecie
kogoś, na kim mi zależało.
 
=== Stróż pustkowi ===
Jałowe ziemie mają jeden zasadniczy plus - z wyschniętego
drewna szybko zapala się ognisko. I tak właśnie spędziłem całkiem spory kawał
mojego życia - śpiąc pod gołym niebem, czasami w prowizorycznym namiocie i przy
ognisku. Nieczęsto spotykało się tu kogoś poza wygłodniałymi zwierzętami, no
ale od czego ma się broń? To takie proste, gdy obiad przychodzi sam do ciebie,
przekonany w tym że to ty będziesz jego obiadem. Nic bardziej mylnego.
 
Co można było robić w międzyczasie? Na początku zabijałem
nudę czytaniem. Ten popielec, któremu trzecie oko dorobiłem w trakcie napadu,
miał przy sobie kilka książek. Pierwsza była o przetrwaniu - rozpalanie ognisk,
pierwsza pomoc i takie inne pierdoły, druga z kolei o sztuce ukręcania z gówna
bicza. Mam tu na myśli jak z niczego zrobić coś przy pomocy kilku narzędzi. I
właśnie dzięki temu byłem w stanie serwisować moją broń, produkować naboje,
tworzyć sobie ulepszenia takie jak buty na sprężynach czy czapka ze szkłem
powiększającym. Świetna rzecz, naprawdę, szczególnie dla osoby która dookoła
nie ma nic poza jałową ziemią. No, prawie nic...
 
Innym moim zajęciem było przychodzenie na wzgórze i
oglądanie tego jak radzi sobie mój stary dom. Przychodziłem co jakiś czas,
gapiąc się na ludzi których tak bardzo nienawidzę. Najchętniej to bym ich
powystrzelał, ale gdzie tam sam z motyką na słońce się garnąć. Ktoś po ojcu
szybko przejął dowodzenie i toczyło się dalej. Dalej napadali na transporty,
ale mieli jedną przeszkodę - mnie. To może też zaskarbiło sobie przychylność
tych strażników w złotych ciuchach, ale nie wdawałem się w zbytnie kontakty z
nimi. Zrobić co zrobić, wysłać kilku parszywców do Grenth i spadać gdzieś
indziej.
 
Ale nigdy nie zapomnę jej. Może dlatego oszczędzałem się
przed wpadnięciem do obozu na pałę i strzelania do kogo popadnie? Pewnego dnia
jej nie zauważyłem. I tak co każdy następny raz - Esmiry już nie było. Umarła?
Bo chyba tylko to ją mogło spotkać. Ale na pewno nie z mojej ręki, nigdy nie
spotkałem jej na Drodze podczas napadu. Może i to z korzyścią dla nas obu.
 
No i ostatnią rzeczą którą się zajmowałem to było ściganie
rabusi z innych obozowisk. Nigdy nie wiedziałem gdzie są inne, ale prędko
okazało się że całkiem niedaleko. No więc urządzałem sobie polowania na takich,
co to ich narysowane pyski wisiały w różnych obozach - Lwiej Gwardii (wreszcie
się wtedy dowiedziałem jak nazywali się ci złoci strażnicy) i Serafinów, którzy
się wprowadzili niedawno. Pojawiły się też sylvari - byli naprawdę przemili ale
nie chciałem zostawać u nich długo. Ze wszystkimi handlowałem czym się dało -
jedzeniem, ulepszeniami, bronią własnoręcznie robioną czy ulepszeniami.  
 
=== Pakt Trzech Parszywców, czyli Triada ===
Okazało się ze teraz łowca stał się zwierzyną. Skończyły się
czasy beztroskiego przemierzania pustkowi z obozu do obozu. Wieść niosła że
uformowała się tak zwana Triada, czyli przymierze jakiegoś Inquestu, Dworu
Koszmarów oraz bandytów. Pięknie było patrzeć jak trzy złowieszcze siły ze sobą
współpracują. Dziwiło mnie, że tak zaskakująco dobrze. 
 
Ale skończył się mój czas. Wiedziałem, że nie mogę dłużej
zostać bo prędzej czy później wpadnę w ich sidła. Byli wszędzie. Nie licząc
tych pokręconych roślin które z ziemi wybijały się jak ukryte źródło, szkoda
tylko że to pierwsze częściej. Więc musiałem, psia mać, szukać schronienia i
tak trafiłem do znajomego mi obozu Serafinów. Tam dowiedziałem się, że niestety
ale nie mogą mnie zwerbować. Czemu mnie to nie dziwi? Biurokracja i pogmatwane
procedury a żołnierzy brak. Ale usłyszałem o pewnym bractwie, którego siedziba
znajduje się na drugim końcu Tyrii, pośród zimowych pustkowi i wiśniowych
drzew. Ale jak się tam dostać bez pieniędzy?
 
I takim oto sposobem, bo podróżach tak zwanymi
Drogowskazami, za które serdecznie dziękuje, trafiłem gdzieś na ziemie nornów.
Z tymi Drogowskazami to był oczywiście sarkazm, bo mnie zawsze wywalało nie tam
gdzie trzeba. Gówniany środek transportu. Zabrałem się z jedną karawaną, no ale
oczywiście trza było coś dać w zamian. I tak zostałem tylko z samym płaszczem,
bez broni, ale z wiedzą o tym jak sobie poradzić. I dam sobie psia mać radę.
Stoję przed wrotami i patrzę na strażnika. 
 
=== Wiatry zmian ===
Mój pierwszy dzień w siedzibie bractwa był jak wejście do
domu z czubkami. Wystarczy że wspomnę o kobiecie, która mnie rekrutowała.
Pisała coś po kartce, po czym wyszła drzwiami a za chwilę schodzi z góry. Do
tego przyznaje że nie pamięta jak opisywała moje podanie. Chora organizacja...
Co jeszcze mnie tam czeka? Quaggan latający na balonie w głównej siedzibie? 
 
Jakkolwiek nie pogięte i niezrozumiałe były pierwsze dni, to
odnalazłem się jakoś w tym bajzlu. Na początku odwiedziłem ich warsztat i
skorzystałem z wolnych części na konstrukcję dwóch prowizorycznych gnatów.
Cholerstwo trzeba czyścić dziennie ale lepsze to niż wydawanie tych zasranych
pieniędzy których przy sobie nie miałem. Szczęście, że w okolicy szukano ludzi
do pomocy w karczmach i gospodarstwach. I tyle zachodu dla durnych miedzianych
i srebrnych krążków...
 
"Z jakim przystajesz, takim się stajesz". I dobrze
mi było że podróżowałem sam. Będąc sam na sam ze sobą mogłem się niczym nie
przejmować. Ale teraz? Toż to cholerna choroba, ale zacząłem lubić te osoby.
Pal licho że wszystkie rasy są tam w kupę wzięte, różne osobowości z których
dałoby się napisać książkę - "Jak można dostać cipca i przy tym nie strzelić
sobie w łeb". No, lecz ich polubiłem. Z musu czy od siebie?
 
Na pewno od siebie. Jakkolwiek bym się nie oszukiwał, to
jednak udowodnili że w grupie bezpieczniej. Lecz dalej czasami mam wrażenie, że
to wszystko jest pieprzonym szczęśliwym strzałem. Toć niektórzy by sobie do
gardeł skoczyli, ba, nawet już się tak raz zdarzyło. Pięć zasad, pięć banalnych
do przestrzegania i prostych w interpretacji reguł a i tak wydaje się jakby dla
niektórych był to papier do wycierania dupska. Nie mniej jednak... trzymamy się
razem.
 
No właśnie, trzymamy. Niedługo moje zapiski zamienią się w
sentymentalny dziennik o tym jak pokochałem grupę obcych istot i zacząłem
powierzać im mój żywot. Ale jest w nich coś specjalnego... Usłyszałem opowieści
niektórych z nich, z niektórymi piłem, poznałem ich tajemnice, problemy, motywy
jakimi się kierują w życiu. To chyba to coś czego brakowało mi w domu. Mówiąc o
domu...
 
Ostatnimi czasy biorę udział w najemniczych wypadach bractwa
na pustkowia. Udało mi się już poharatać Triadę, i dobrze! Niech żrą piasek i
ołów. Zagrożenie smoczymi pomiotami to już inna bajka, do dzisiaj mam ciary po
tej jednej misji. To wszystko jednak wskazuje na to że coś się we mnie zmienia.
Na dobre czy na złe? Tracę nad tym panowanie już...
 
A Drogowskazy dalej płatają mi figle. Pojawiam się czasami
nie tam gdzie chcę mimo że jasno daję do zrozumienia. Raz wylądowałem na
kompletnym zadupiu i pogoniony przez ogry trafiłem do jakiegoś posterunku
popielców. Tylko członkini bractwa które tam spotkałem uratowały mój zadek od
wywalenia na zbity pysk. Mam chyba szczęście.
 
I mówiąc o szczęściu - jedna podróż wyrzuciła mnie gdzieś w
jakimś ludzkim mieście. Jak się miało okazać, był to najlepszy zbieg
okoliczności jaki mógł się wydarzyć w moim życiu włóczęgi. 
 
=== Łut szczęścia w nieudanych wyprawach ===
Czy pisałem jak bardzo nienawidzę podróży Drogowskazami? Zasrane
ustrojstwo raz na cztery podróże wywali mnie gdzieś, gdzie nie chciałem się
pojawić. I w ten oto sposób na siłę poznaje świat, akurat w tym momencie gdy do
załatwienia mam coś innego. Ja dupczę, jednak nic nie jest tak pewne jak podróż
na własnych nogach. Chyba że Ci nogi urwie, to wtedy co najwyżej możesz
poudawać kraba nad wybrzeżem chodząc na dwóch rękach. 
 
Nie mniej jednak jedna z podróży była zaskakująco udana. Po
co o tym pisać? Ano po to, że ten wypad zmienił moje życie na dobre, a chyba
takie rzeczy się opisuje. No tak czy owak, korzystając z asurańskiego
ustrojstwa do podróży przeniosłem się do jakiejś ludzkiej wioski nad jeziorem.
Wspaniałe wyżyny dookoła, typowa wiejska zabudowa, ludzie prości, życzliwi,
oraz wielki staw od którego waliło zapachem śniętej ryby.
 
Wyłowiłem wzrokiem największy budynek i pomyślałem sobie, że
tam na pewno dowiem się gdzie jestem. Jakież było moje zadowolenie gdy
usłyszałem że znajduje się gdzieś blisko południowej granicy Kryty, blisko
swojego dawnego domu. Domu do którego nie mam zamiaru wracać bez ciężkiego
uzbrojenia. Pluję na stary dom. Ale nie o tym dzisiaj...
 
Budynek przed którym stałem okazał się karczmą i mieszkaniem
władz w jednym. Czego się spodziewać od prostej wioski? Jak pisałem - prości
ludzie, proste zasady, żarcie beznadziejne. Zamówiłem jakieś mięso, bez żadnego
napitku bo już pieniędzy miałem mało a nocleg trza było opłacić. Szlag by to,
że akurat spałem w innym pokoju niż swoim. Miedziaki wywalone w błoto.
 
Przy stole umieszczonym zaraz przy kominku siedziała jakaś
kobieta. Wszystkie ławy i stoły były drewniane, wiejskie. Rzuciła mi się w oczy
od razu - delikatne rysy twarzy, gęste blond włosy i odzienie godne
szlachcianki niż zwykłej farmerki. Definitywnie tutaj nie pasowała. Siedziała
sobie spokojnie, popijając od czasu do czasu wino z lampki. Nie dawało mi to
spokoju - co kobieta takiego pokroju robi na takim wygwizdowie? Podróżuje? Ma
za dużo pieniędzy i się nudzi? Też mi zajęcia. Siadłem sobie przy kominku i w
oczekiwaniu na jedzenie skusiłem się na jeden kufel piwa. Już lepiej nie mieć
pieniędzy a być zaspokojonym niż mieć pieniądze a pustynię w gardle. A
miedzianymi talarami się nie napiję, chyba że miałoby to być samobójstwo.
 
Perfidne zrządzenie losu które mnie tu przywołało okazało
się być silniejsze od mojej filozofii lania na świat, zupełnie jak w przypadku
dołączenia do bractwa. Ta kobieta nie dawała mi spokoju. Ukradkiem patrzyłem na
nią, a ona na mnie. Ta wymiana tajniackich spojrzeń doprowadzała mnie do
wrzenia szybciej niż norski spirytus, tylko że bez efektu zwracania pożywienia.
W końcu nie wytrzymałem i rzuciłem do niej: -Co? Dziwnie zareagowała. Też mi
wielce co, jak już coś ją interesuje we mnie to mogłaby się za to nie zabierać
jak pies do ruchania. Dopiłem piwo i zaczęła się rozmowa.
 
Jeżeli bogowie naprawdę istnieją, to tego dnia cała ich
łaska spłynęła na moją przeklętą osobę. Chyba już zapomnieli że kilka lat temu
odstrzeliłem swoich starych, wysyłając ich dusze na sąd Grenth.  A może właśnie zostałem za to nagrodzony?
Kobieta do której się dosiadłem była dziwna jak ta cała arystokracja w stolicy.
Typowy przykład. Popija wino powoli, gada pół do mnie pół do siebie, zadaje
jakieś dziwne pytania... Nie mniej jednak podjąłem się tej rozmowy. A co tam
szkodzi, skoro już mnie wywaliło na takie zadupie to trzeba korzystać z
lokalnych rozrywek, zawsze będzie o czym napisać.
 
Jej oczy, sposób w jaki się wypowiada, pełne gracji ruchy...
myślałem że oszaleję. Sposób w jaki znalazłem się w jej pokoju dalej pozostaje
dla mnie tajemnicą - wszak tak licho odziany człowiek jak ja, z kilkoma
miedziakami w kieszeni jest raczej skarabeuszem pod butem takiej arystokratki. Ale
nie chciałem dać się zdeptać. Zamknęła drzwi na klucz kiedy byliśmy w środku.
Odwróciłem się i już wiedziałem, ba, nawet tam na dole zdawałem sobie sprawę z
tego co chcę zrobić dzisiaj w nocy. Myśl o nadchodzącym dupczeniu jeszcze
bardziej zamiotła mi w głowie, odjęła resztki przyzwoitości. Liczyła się tylko
ona. Czułem że nie jestem sobą, że patrzę w samą Lyssę która wypina swoje
boskie pośladki przede mną i prosi o zerżnięcie. A ja, taki prosty i malutki
człowieczek który chce sięgnąć bogini i zaspokoić ją tak, by jej nie
umniejszyć. Nie potrafiłem się ocknąć z tych myśli. Nie poczułem nawet na
początku jak kładzie swoją dłoń na mojej kamizelce. Za chwilę nie miałem
płaszcza na sobie.
 
Jeśli ludzie kiedykolwiek będą w stanie skraść bogom ogień,
to dumnie walnę się w pierś i powiem że ja byłem pierwszy. Ta noc udowodniła mi
że nic już nigdy nie będzie takie same, że nie wrócę na pustkowia i nigdy już
nie będę chciał być sam. Jakież to zabawne, że po tylu latach posuchy i życia
jak mnich dzisiaj zdzieram z siebie ostatnie łachy samotnego włóczęgi i łączę
się z nieznajomą mi kobietą. Nawet słowa nie oddadzą tego co wtedy czułem.
Bezustanny pociąg do jej delikatnego, zmysłowego ciała. A gdy już wydawało się
że to koniec, ona jednym sprawnym ruchem wzywa Cię na jeszcze. I jeszcze. Serce
grzmiało w mojej piersi jak uderzenia młota kowalskiego, wykuwającego broń dla
żołdaka który ma zostać bohaterem następnej bitwy.
 
Jednakże kiedyś spać trzeba. Nie sądziłem że zostanie.
Zasnęliśmy oboje, a gdy rano promienie słońca i papieros w oknie zwiastowały
nadejście nowego dnia, znowu rzuciliśmy się w wir własnych przyjemności. A to
wszystko za siedemdziesiąt miedzianych monet wydanych na podróż Drogowskazem
który znowu wysadził mnie nie tam gdzie miał.
Poznałem jej imię - Jacqueline. Tak dostojne jak ona sama. Choć czym jest to
dostojeństwo skoro da się go przelecieć tak samo jak pospólstwo? Głupie pytanie
zważając na to co działo się tamtej nocy. Jak dla mnie różnica była kolosalna,
ale może to nie na stan majątkowy tej kobiety czy pochodzenie, ale na ten
wewnętrzny urok. Nie umiem tego opisać i nawet nie powinienem próbować.
 
Zaproponowała mi, że mogę u niej pomieszkać. Mieszkanie w
samej stolicy! W dzielnicy Salma! Jakkolwiek by to bogate nie było, dla mnie
się liczy i tak dach nad głową i... no właśnie. Kolejna duchowa zagwozdka w
przeciągu kilku miesięcy. Odkąd postanowiłem przyłączyć się do bractwa,
przestaję się poznawać. Stałem się bardziej podatny na uczucia. Jacqueline
chyba trafiła w ten punkt, który pozostawał martwy od dawna. Od czasu utraty
poprzedniej ukochanej. A raczej pozostawieniu jej. Tak czy siak, za każdym
razem gdy otwieram moją papierośnicę i patrzę na gębę czarnoskórej Esmiry,
czuję się jakby moje serce było rozdzierane. Ta czarnulka to już przeszłość
która nie wróci, zaś Jacqueline wydaje się być lekarstwem na wszystko. I tak
też poniosło mnie do jej progów. Więc mam teraz dwa domy - u Jacqueline i w
siedzibie, swój własny pokój wreszcie. Co wybieram? To raczej oczywiste. Trzeba
tylko pogodzić pracę w bractwie z kobietą. Ale musi zrozumieć. Nie mogę aż tak
bardzo się uzależniać.
 
Znowu za dużo rozmyślam....
 
=== Dobry dzień i zły zarazem ===
Gdy się obudziłem, Jacqueline już nie było. Czasami mnie ta
jej robota wpiernicza - wychodzi wcześnie, wraca późno, biega z tymi
przesyłkami po jakichś zadupiach a jeszcze nie wiadomo czy to odbiorą. Z
drugiej strony, moja fucha wcale nie była ,lepsza. Trafiłem do Lwich Wrót
przypadkiem, a usłyszałem że szukają pomocy przy rusztowaniach. Gdzież się będę
zastanawiał? Płacą dniówki to biorę. Nie na stałe, nie na zawsze. Tyle ile się
da i do widzenia.
 
No i gdy już ruszyłem zad z łóżka pomyślałem sobie, że