Glaknill: Różnice pomiędzy wersjami
| Linia 21: | Linia 21: | ||
== Historia == | == Historia == | ||
[https://www.youtube.com/watch?v=GOKcfyo3-xE Motyw muzyczny dla tej karty postaci] | |||
Na początku był chaos, a może spokój? Nie wiem. Czułam, że istnieję, lecz jednocześnie | |||
chyba jeszcze nie wiedziałam czym jestem i z kim jestem związana. Zupełnie jak rośliny, | |||
które nigdy nie wchodzą w stan wyższego bytu. Sen jest czymś nie do opisania. | |||
Jest jak wszechogarniająca galaktyka zdażeń, uczuć, myśli. | |||
Wnikasz w niego swoim umysłem, ciałem, łączysz się do sieci wzajemnych powiązań jak do świadomości zbiorowej. | |||
Jesteś sobą, ale też częścią Całości. | |||
Co jeśli Twój Las płonie? | |||
Czujesz jak w jednej chwili dobra i mądra istota upada w otchłań agresji i chaosu. | |||
Matka nie może Cię przed tym ochronić. To twoja rzeczywistość. Budzę się z krzykiem, niepewna tego kim jestem, czym się mogę stać. | |||
Ta nagła gonitwa myśli przygniata mnie do ziemii. Muszę coś zrobić, ukoić ten strach, niepokój. Mam na imię Glaknill i to moja historia podróży przez Mgły. | |||
Narodziłam się całkiem niedawno, w około rok po walce z Mordremothem. Moi Bracia i Siostry zaopiekowali się mną, lecz ich wiedza nie umiała ukoić tego mroku, który zasiał we mnie Sen. Wyruszyłam więc poprzez portale i drogowskazy do krain ludzi, nornów i charrów. Musiałam poznać Tyrię. Żywiłam się tym, co znalazłam. Większość osób traktowała mnie z dużym dystansem. Nie dziwiłam się. Znałam przecież swój sen, widziałam co Mordremoth zrobił mojej Rodzinie. Kiedy trafiłam do Askalonu i pierwszy raz zobaczyłam charry, byłam przerażona. Ale Cytadela dała mi pracę. I pokazała drogę ku rozwojowi. Dostałam zajęcie w dzielnicy gladium. Potrzebowałam pracy, jedzenia, miejsca do spania. Oferowane zajęcie zapewniało mi wszystkie te trzy rzeczy. Hodowałam ziemniaki, marchew i krowy. Mieszkałam w szopie na narzędzia, w okolicach Cytadeli. Nie było lekko, ale byłam szczęśliwa. Charr który dał mi pracę, był starcem. Nieczęsto widuje się starych charrów. Fakt. Ten był niegdyś wielkim wojownikiem, wieczorami zaglądał do butelki i wspominał czasy, gdy walczył na śmierć i życie o honor, o warbande, o Legion. Zapytałam go któregoś dnia, podczas dojenia krów, czy nauczył by mnie walczyć? A on długo się śmiał i zwyzywał mnie i moją rasę. Znowu był zalany. Na koniec dodał, że jarzyny i ludzie nie wiedzą co to walka. O dziwo następnego dnia, kiedy już zrobiłam wszystko na farmie, czyli koło późnego popołudnia kazał mi usiąść w polu, zamknąć oczy i oddychać. To stało się naszą codziennością. Siedziałam tak potulnie i oddychałam, godzinami. Nie ukrywam, że czasem przysypiałam. A wtedy On przyłaził i dawał mi przez łeb. Do dzisiaj nie wiem, skąd wiedział, że śpię. Pewnie miał jakieś tajemne moce. Po dwóch, może trzech tygodniach powiedział mi, że walka zaczyna się od strachu. Że każdy pojedynek to zapominanie o nim. Dlatego mam nauczyć się oddychać i zapamiętać jaki czuję spokój, gdy siedzę na tej polanie, z zamkniętymi oczami. To ma być mój wytrych, na całe życie. Zupełnie nie wiem, dlaczego posłuchałam się starego charzego pijaka hodującego krowy i marchewki. Widocznie tak miało być. To był mój pierwszy Mistrz. Niedługo miałam okazję się u niego uczyć. Kilka tygodni po tym, jak opowiedział mi o strachu zapił się na śmierć. Albo po prostu nie obudził się ze snu. Nieważne. Stanęłam przed wyborem. Poczekać na nowego zarządce pola marchewek, lub może ruszyć dalej przed siebie? Może do nornów? Byłam dzieckiem we Mgle. A ona na mnie czekała. Spakowałam swój dobytek, czyli worek na kartofle, miskę, suszone mięso i koc. Ruszyłam na spotkanie Nornom. Byliście kiedyś w Hoelbrak? Na głos Matki, jak tam jest przepięknie. Zakochałam się w tym mieście i jego mieszkańcach. Byli wspaniali, mężni, weseli i gościnni. Przyjęli mnie pod swój dach, gdy wygrałam konkurs pijacki. Mówili na mnie BiałyLiściu. Mało ważne, ale odczuwałam dumę, że mam tak mocną głowę. Chociaż w czymś byłam dobra. W Hoelbrak prócz nauki o piwie, wódkach i sporządzaniu zacieru dowiedziałam się o istnieniu Szamanów, Mgieł. No dobra, nie ukrywam, to mnie zainteresowało. W końcu od trzech miesięcy byłam medytującym - myślałam, że to coś. Jak ostatni naiwny poszłam do loży Kruka i zapytałam, czy w zamian za zamiatanie i mycie naczyń, mogliby mnie nauczyć medytacji i czegoś o Mgłach. Myliście kiedyś patelnię po nornach? Przypuszczam, że zrobiło się im żal małego samotnego pijanego Krzaka jakim wtedy byłam. Kolejny raz w życiu ktoś mnie przygarnął. Myłam wielkie kufle, ciężkie gary, wymiatałam tony brudu ze wspólnej sali i nosiłam duże skrzynie ze świecami. Wspaniała zabawa, a jak wzmacnia fizycznie. Czekałam na swoje lekcje, ale Norny mają trochę inne poczucie czasu, niż taka młoda sylvari jak ja. Trochę tych garów umyć jednak musiałam, piwa wypić musiałam sporo i poznać techniki trzymania gąbek. Po kilku tygodniach tej ciężkiej, organicznej pracy i libacji alkoholowej, zaczęli mnie uczyć. Medytowałam w każdej wolnej od pracy chwili. Starałam się poszerzyć swoją percepcje. Szamani mi pomagali. Nocami słuchałam opowieści o Mgłach, grzejąc się przy palenisku. Chciałam być mglistym podróżnikiem, może nawet kiedyś zobaczyć Mgły. Wiecie, alkohol robi z mózgiem różne dziwne rzeczy. Medytacja pod wpływem, to coś, czego się wstydzę do dzisiaj i coś czemu zawdzięczam kontakt z moim najgorszym wrogiem i nauczycielem. Pamiętam ten dzień dosyć dobrze, mieszkałam w Hoel już z rok. Zginął jakiś wielki, legendarny łowca i Loża Kruka organizowała uroczystości pogrzebowe i stypę. Wielka impreza z pieczonym mięsem i masą gadających wielkich wojowników. Wspominają, piją i znowu wspominają. Ja wspominać nie miałam za bardzo czego, więc tylko piłam. Piłam, jakby miało nie być jutra. W końcu stwierdziłam, że trzeba się przewietrzyć, wyszłam na zaplecze, usiadłam na mrozie, w śniegu i zaczęłam medytować. Byłam spokojna, wyciszona i w tamtym momencie zupełnie pozbawiona lęku. Zaszłam dalej i głębiej niż chciałam. Moje wycieczki do Mgieł dotychczas były wycieczkami na papierosa i do chaty, bo zimno. Tym razem spaliłam wielkie cygaro. Spotkałam tam Coś. To było mroczne, potężne i chyba samotne. A może podłe i znudzone? A może byłam jego pierwszą sylvari? Do dzisiaj nie chce mi odpowiedzieć dlaczego zareagował na moją obecność i pytania. To demon, nie wymagam od niego prawdomówności. W końcu zimno i alkohol zrobiły swoje, a przecież weszłam bardzo głęboko w Mgłę. Zaczęłam zamarzać, a wtedy Mallyx, gdyż tak go zwą w Tyrii, zaczął mówić, że zje moją duszę i to będzie najlepszy posiłek od dłuższego czasu. To mnie ocuciło, wróciłam z mojej najdłuższej w życiu wycieczki, miałam problem ze wstaniem, tak mi żywica w nogach się zastała, ale jednak udało się. Zupełnie otrzeźwiona i ledwo się ruszająca, wróciłam do paleniska w loży i tego wieczoru nie próbowałam już medytacji. Tak oto legendarny demon w pewnym senie uratował życie pomywaczowi garów. Chcę Wam powiedzieć, że jak już raz się uda, to potem to jest dużo łatwiejsze. To tak jakbyś otworzył długo zamknięte okno, a w moim przypadku wywalił je ze ściany. Mallyx to paskudny i gadatliwy gad. Bardzo potężny i zadufany w sobie. Łasy na komplementy. Czasami lubi też słuchać jak Tyria płonie. Rozmowy z nim, to trochę jak targowanie się o własne życie. Dodatkowy koloryt to cała paleta przekleństw, zboczeń i dewiacji, o których demon opowiada przy okazji odpowiadania na me pytania. Taaak. | |||
Był rok 1330. Do Hoelbrak doszły wieści, że nawiązano kontakt z Eloną. Nornowie dużo rozmawiali przy piwie o smokach. Jeden ze Starszyzny wspomniał coś o Abbadonie. Zapytałam Mallyxa co o tym wie. Opowiedział o Margonitach, Domenie Cierpienia oraz o swoim bogu, któremu służył jako jeden z jego najpotężniejszych demonów. Potem się rozkręcił, zaczął złorzeczyć i klnąć więc nie dało się tego słuchać. Mocno się spiłam tego wieczora. Następnego dnia wstałam z silnym przeświadczeniem, że muszę zobaczyć Elonę. Brakowało mi jednak środków. Zapytałam Mallyxa jak zarobić szybko pieniądze? On rzekł, że mam znaleźć gildię. Najlepiej najemników. I zabijać na zlecenie. Dodał, że jak bardzo chcę to on mi nawet pomoże o ile dam mu zjeść swoją duszę. Oczywiście odpyskowałam i skończyliśmy naszą pogawendkę. Nornowie raczej nie mają gildii, to silne indywidualności. Charze gildie pewnie nie wziełyby nawet pod uwagę mojej osoby. Stwierdziłam, że poszukam czegoś wśród ludzi. I tak trafiłam do Lwich Wrót, Inicjatywy Gildyjnej, brałam zlecenia. Zabijałam, w czym Mallyx wyjątkowo chętnie pomagał. Ktoś kiedyś powiedział, na jednej z misji, że jestem revenantem. Być może. Przecież nie każdy ma za wroga-przyjaciela Legendarnego Demona. | |||
==Umiejętności== | ==Umiejętności== | ||
Wersja z 23:05, 11 mar 2019
| Glaknill | |
|---|---|
| [[Plik:|200px|center]] | |
| Rasa |
sylvari |
| Płeć |
kobieta |
| Wiek |
urodzona 1330, |
| Klasa |
revenant |
| Przydomek |
brak |
| Rola w Lidze |
brak |
| Filar |
brak |
| Powiązane organizacje |
brak |
| Bliscy |
duża i roślinna |
| Status postaci |
alternatywna |
| Gracz |
- |
Wygląd
Biała sylvari o dużych szarych oczach.
Charakter
Historia
Motyw muzyczny dla tej karty postaci
Na początku był chaos, a może spokój? Nie wiem. Czułam, że istnieję, lecz jednocześnie chyba jeszcze nie wiedziałam czym jestem i z kim jestem związana. Zupełnie jak rośliny, które nigdy nie wchodzą w stan wyższego bytu. Sen jest czymś nie do opisania. Jest jak wszechogarniająca galaktyka zdażeń, uczuć, myśli. Wnikasz w niego swoim umysłem, ciałem, łączysz się do sieci wzajemnych powiązań jak do świadomości zbiorowej. Jesteś sobą, ale też częścią Całości. Co jeśli Twój Las płonie? Czujesz jak w jednej chwili dobra i mądra istota upada w otchłań agresji i chaosu. Matka nie może Cię przed tym ochronić. To twoja rzeczywistość. Budzę się z krzykiem, niepewna tego kim jestem, czym się mogę stać. Ta nagła gonitwa myśli przygniata mnie do ziemii. Muszę coś zrobić, ukoić ten strach, niepokój. Mam na imię Glaknill i to moja historia podróży przez Mgły. Narodziłam się całkiem niedawno, w około rok po walce z Mordremothem. Moi Bracia i Siostry zaopiekowali się mną, lecz ich wiedza nie umiała ukoić tego mroku, który zasiał we mnie Sen. Wyruszyłam więc poprzez portale i drogowskazy do krain ludzi, nornów i charrów. Musiałam poznać Tyrię. Żywiłam się tym, co znalazłam. Większość osób traktowała mnie z dużym dystansem. Nie dziwiłam się. Znałam przecież swój sen, widziałam co Mordremoth zrobił mojej Rodzinie. Kiedy trafiłam do Askalonu i pierwszy raz zobaczyłam charry, byłam przerażona. Ale Cytadela dała mi pracę. I pokazała drogę ku rozwojowi. Dostałam zajęcie w dzielnicy gladium. Potrzebowałam pracy, jedzenia, miejsca do spania. Oferowane zajęcie zapewniało mi wszystkie te trzy rzeczy. Hodowałam ziemniaki, marchew i krowy. Mieszkałam w szopie na narzędzia, w okolicach Cytadeli. Nie było lekko, ale byłam szczęśliwa. Charr który dał mi pracę, był starcem. Nieczęsto widuje się starych charrów. Fakt. Ten był niegdyś wielkim wojownikiem, wieczorami zaglądał do butelki i wspominał czasy, gdy walczył na śmierć i życie o honor, o warbande, o Legion. Zapytałam go któregoś dnia, podczas dojenia krów, czy nauczył by mnie walczyć? A on długo się śmiał i zwyzywał mnie i moją rasę. Znowu był zalany. Na koniec dodał, że jarzyny i ludzie nie wiedzą co to walka. O dziwo następnego dnia, kiedy już zrobiłam wszystko na farmie, czyli koło późnego popołudnia kazał mi usiąść w polu, zamknąć oczy i oddychać. To stało się naszą codziennością. Siedziałam tak potulnie i oddychałam, godzinami. Nie ukrywam, że czasem przysypiałam. A wtedy On przyłaził i dawał mi przez łeb. Do dzisiaj nie wiem, skąd wiedział, że śpię. Pewnie miał jakieś tajemne moce. Po dwóch, może trzech tygodniach powiedział mi, że walka zaczyna się od strachu. Że każdy pojedynek to zapominanie o nim. Dlatego mam nauczyć się oddychać i zapamiętać jaki czuję spokój, gdy siedzę na tej polanie, z zamkniętymi oczami. To ma być mój wytrych, na całe życie. Zupełnie nie wiem, dlaczego posłuchałam się starego charzego pijaka hodującego krowy i marchewki. Widocznie tak miało być. To był mój pierwszy Mistrz. Niedługo miałam okazję się u niego uczyć. Kilka tygodni po tym, jak opowiedział mi o strachu zapił się na śmierć. Albo po prostu nie obudził się ze snu. Nieważne. Stanęłam przed wyborem. Poczekać na nowego zarządce pola marchewek, lub może ruszyć dalej przed siebie? Może do nornów? Byłam dzieckiem we Mgle. A ona na mnie czekała. Spakowałam swój dobytek, czyli worek na kartofle, miskę, suszone mięso i koc. Ruszyłam na spotkanie Nornom. Byliście kiedyś w Hoelbrak? Na głos Matki, jak tam jest przepięknie. Zakochałam się w tym mieście i jego mieszkańcach. Byli wspaniali, mężni, weseli i gościnni. Przyjęli mnie pod swój dach, gdy wygrałam konkurs pijacki. Mówili na mnie BiałyLiściu. Mało ważne, ale odczuwałam dumę, że mam tak mocną głowę. Chociaż w czymś byłam dobra. W Hoelbrak prócz nauki o piwie, wódkach i sporządzaniu zacieru dowiedziałam się o istnieniu Szamanów, Mgieł. No dobra, nie ukrywam, to mnie zainteresowało. W końcu od trzech miesięcy byłam medytującym - myślałam, że to coś. Jak ostatni naiwny poszłam do loży Kruka i zapytałam, czy w zamian za zamiatanie i mycie naczyń, mogliby mnie nauczyć medytacji i czegoś o Mgłach. Myliście kiedyś patelnię po nornach? Przypuszczam, że zrobiło się im żal małego samotnego pijanego Krzaka jakim wtedy byłam. Kolejny raz w życiu ktoś mnie przygarnął. Myłam wielkie kufle, ciężkie gary, wymiatałam tony brudu ze wspólnej sali i nosiłam duże skrzynie ze świecami. Wspaniała zabawa, a jak wzmacnia fizycznie. Czekałam na swoje lekcje, ale Norny mają trochę inne poczucie czasu, niż taka młoda sylvari jak ja. Trochę tych garów umyć jednak musiałam, piwa wypić musiałam sporo i poznać techniki trzymania gąbek. Po kilku tygodniach tej ciężkiej, organicznej pracy i libacji alkoholowej, zaczęli mnie uczyć. Medytowałam w każdej wolnej od pracy chwili. Starałam się poszerzyć swoją percepcje. Szamani mi pomagali. Nocami słuchałam opowieści o Mgłach, grzejąc się przy palenisku. Chciałam być mglistym podróżnikiem, może nawet kiedyś zobaczyć Mgły. Wiecie, alkohol robi z mózgiem różne dziwne rzeczy. Medytacja pod wpływem, to coś, czego się wstydzę do dzisiaj i coś czemu zawdzięczam kontakt z moim najgorszym wrogiem i nauczycielem. Pamiętam ten dzień dosyć dobrze, mieszkałam w Hoel już z rok. Zginął jakiś wielki, legendarny łowca i Loża Kruka organizowała uroczystości pogrzebowe i stypę. Wielka impreza z pieczonym mięsem i masą gadających wielkich wojowników. Wspominają, piją i znowu wspominają. Ja wspominać nie miałam za bardzo czego, więc tylko piłam. Piłam, jakby miało nie być jutra. W końcu stwierdziłam, że trzeba się przewietrzyć, wyszłam na zaplecze, usiadłam na mrozie, w śniegu i zaczęłam medytować. Byłam spokojna, wyciszona i w tamtym momencie zupełnie pozbawiona lęku. Zaszłam dalej i głębiej niż chciałam. Moje wycieczki do Mgieł dotychczas były wycieczkami na papierosa i do chaty, bo zimno. Tym razem spaliłam wielkie cygaro. Spotkałam tam Coś. To było mroczne, potężne i chyba samotne. A może podłe i znudzone? A może byłam jego pierwszą sylvari? Do dzisiaj nie chce mi odpowiedzieć dlaczego zareagował na moją obecność i pytania. To demon, nie wymagam od niego prawdomówności. W końcu zimno i alkohol zrobiły swoje, a przecież weszłam bardzo głęboko w Mgłę. Zaczęłam zamarzać, a wtedy Mallyx, gdyż tak go zwą w Tyrii, zaczął mówić, że zje moją duszę i to będzie najlepszy posiłek od dłuższego czasu. To mnie ocuciło, wróciłam z mojej najdłuższej w życiu wycieczki, miałam problem ze wstaniem, tak mi żywica w nogach się zastała, ale jednak udało się. Zupełnie otrzeźwiona i ledwo się ruszająca, wróciłam do paleniska w loży i tego wieczoru nie próbowałam już medytacji. Tak oto legendarny demon w pewnym senie uratował życie pomywaczowi garów. Chcę Wam powiedzieć, że jak już raz się uda, to potem to jest dużo łatwiejsze. To tak jakbyś otworzył długo zamknięte okno, a w moim przypadku wywalił je ze ściany. Mallyx to paskudny i gadatliwy gad. Bardzo potężny i zadufany w sobie. Łasy na komplementy. Czasami lubi też słuchać jak Tyria płonie. Rozmowy z nim, to trochę jak targowanie się o własne życie. Dodatkowy koloryt to cała paleta przekleństw, zboczeń i dewiacji, o których demon opowiada przy okazji odpowiadania na me pytania. Taaak.
Był rok 1330. Do Hoelbrak doszły wieści, że nawiązano kontakt z Eloną. Nornowie dużo rozmawiali przy piwie o smokach. Jeden ze Starszyzny wspomniał coś o Abbadonie. Zapytałam Mallyxa co o tym wie. Opowiedział o Margonitach, Domenie Cierpienia oraz o swoim bogu, któremu służył jako jeden z jego najpotężniejszych demonów. Potem się rozkręcił, zaczął złorzeczyć i klnąć więc nie dało się tego słuchać. Mocno się spiłam tego wieczora. Następnego dnia wstałam z silnym przeświadczeniem, że muszę zobaczyć Elonę. Brakowało mi jednak środków. Zapytałam Mallyxa jak zarobić szybko pieniądze? On rzekł, że mam znaleźć gildię. Najlepiej najemników. I zabijać na zlecenie. Dodał, że jak bardzo chcę to on mi nawet pomoże o ile dam mu zjeść swoją duszę. Oczywiście odpyskowałam i skończyliśmy naszą pogawendkę. Nornowie raczej nie mają gildii, to silne indywidualności. Charze gildie pewnie nie wziełyby nawet pod uwagę mojej osoby. Stwierdziłam, że poszukam czegoś wśród ludzi. I tak trafiłam do Lwich Wrót, Inicjatywy Gildyjnej, brałam zlecenia. Zabijałam, w czym Mallyx wyjątkowo chętnie pomagał. Ktoś kiedyś powiedział, na jednej z misji, że jestem revenantem. Być może. Przecież nie każdy ma za wroga-przyjaciela Legendarnego Demona.
Umiejętności
(w trakcie tworzenia)
Umiejętności magiczne
(w trakcie tworzenia)