Venrath - Papierologia: Różnice pomiędzy wersjami

Z L6F
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Nie podano opisu zmian
Nie podano opisu zmian
 
Linia 119: Linia 119:


Chris zaczął relacjonować, nie czekając na odpowiedź z drugiej strony. Żądał wsparcia, medyków i noszy. Na cito. Do tego magazynu.
Chris zaczął relacjonować, nie czekając na odpowiedź z drugiej strony. Żądał wsparcia, medyków i noszy. Na cito. Do tego magazynu.
Komunikator trzeszczał, ktoś odpowiadał, ale Chris mówił szybciej, bez przerwy. Gdy tylko spomiędzy trzasków wyłapał potwierdzenie, zabrał się za udzielenie pomocy rannemu tak jak umiał. Młodzieniec stał jak wryty, nie mogąc sobie poradzić z tym, że pilnował magazynu ze skatowanym człowiekiem w środku.
Komunikator trzeszczał, ktoś odpowiadał, ale Chris mówił szybciej, bez przerwy. Gdy tylko spomiędzy trzasków wyłapał potwierdzenie, zabrał się za udzielenie pomocy rannemu tak jak umiał. Młodzieniec stał jak wryty, nie mogąc sobie poradzić z tym, że pilnował magazynu ze skatowanym człowiekiem w środku.


Linia 145: Linia 146:


Inspektor Collins został na miejscu. Razem z Jamesonem przetrząsał składzik, a Chris mógł tylko podejrzewać, że będzie szukał wszystkich nieprawidłowości, jakie mógł tu znaleźć – od zatarcia śladów po zastraszenie świadka. Ów świadek czekał na swoją kolej albo i obiecaną eskortę na posterunek. Chris do niego dołączył, bo on siłą rzeczy miał jedno zadanie - pisać - a to wymagało drogi na posterunek.
Inspektor Collins został na miejscu. Razem z Jamesonem przetrząsał składzik, a Chris mógł tylko podejrzewać, że będzie szukał wszystkich nieprawidłowości, jakie mógł tu znaleźć – od zatarcia śladów po zastraszenie świadka. Ów świadek czekał na swoją kolej albo i obiecaną eskortę na posterunek. Chris do niego dołączył, bo on siłą rzeczy miał jedno zadanie - pisać - a to wymagało drogi na posterunek.
– Było warto? - spytał go młody, gdy usłyszał jego kroki za sobą
– Było warto? - spytał go młody, gdy usłyszał jego kroki za sobą


Linia 151: Linia 154:
– Raczej trzeba było. Inaczej mielibyśmy trupa.
– Raczej trzeba było. Inaczej mielibyśmy trupa.


Młody przytaknął. Nerwy schodziły z niego powoli. Słowa Venratha sprawiły tylko, że na moment zbladł, gdy usłyszał na głos to, co sam pomyślał. Nie odezwał się.
Młody przytaknął. Nerwy schodziły z niego powoli. Słowa Venratha sprawiły tylko, że na moment zbladł, gdy usłyszał na głos to, co sam pomyślał. Nie odezwał się. Za to Chris jeszcze przez chwilę wpatrywał się w tamto miejsce ślepo. Rzucił półgłosem, tak że tylko uszy młodego mogły to wyłapać:


Za to Chris jeszcze przez chwilę wpatrywał się w tamto miejsce ślepo.
– …Oni nie widzieli nawet, że tu będę. Odprawili jego siostrę z kwitkiem, by przyszła rano, gdy będą na miejscu osoby od papierów. Słuchaj… Mnie kosztowało to dwadzieścia minut mojego czasu od momentu, gdy z nią rozmawiałem na ulicy. Tyle czasem warte jest życie.


Rzucił półgłosem, tak że tylko uszy młodego mogły to wyłapać:
– …Oni nie widzieli nawet, że tu będę. Odprawili jego siostrę z kwitkiem, by przyszła rano, gdy będą na miejscu osoby od papierów. Słuchaj… Mnie kosztowało to dwadzieścia minut mojego czasu od momentu, gdy z nią rozmawiałem na ulicy. Tyle czasem warte jest życie.
Chris zapalił kolejnego papierosa. Trzeciego, odkąd wszystko się zaczęło, a teraz miał w sobie poczucie… Niedokończonej sprawy, bowiem poprzedni szlug zawieruszył się na zapleczu. Funkcjonariusz skrzywił się - Collins na bank znajdzie i podciągnie to pod zaśmiecanie miejsca przestępstwa. Drugi raz tego wieczora nawyki Chrisa sprowadziły nań pecha.
Chris zapalił kolejnego papierosa. Trzeciego, odkąd wszystko się zaczęło, a teraz miał w sobie poczucie… Niedokończonej sprawy, bowiem poprzedni szlug zawieruszył się na zapleczu. Funkcjonariusz skrzywił się - Collins na bank znajdzie i podciągnie to pod zaśmiecanie miejsca przestępstwa. Drugi raz tego wieczora nawyki Chrisa sprowadziły nań pecha.



Aktualna wersja na dzień 00:17, 13 kwi 2026



Przyjęcie zlecenia

Wieczór był chłodny, ulice puste. Dzień się skończył, przynajmniej teoretycznie i nie dla wszystkich. Chris snuł się powoli ulicami miasteczka portowego idąc drogą, którą pamiętały nogi, a głowa nie musiała być angażowana. Droga do domu. Papieros w jego dłoni teraz też był bardziej nawykiem niż potrzebą. Jego oczy wyłapały ruch w bramie. Wyszła z niej kobieta, nerwowa, ale zarazem zdecydowana, co można było wywnioskować z wyrazu jej oczu i jej postawy. Od razu zwróciło to jego uwagę. Zatrzymał się, a ona wzięła to za wyczekiwaną zachętę do rozmowy.

– Pan jest z Gwardii. Widziałam pana.

Venrath skinął tylko głową. Zaćmił papierosa przyglądając się kobiecie bacznie, próbując ją dopasować do którejś z niedawno zamkniętych spraw. Spojrzenie, chłodne i kalkulujące snuło się od jej kostek aż po czubek głowy. Przyglądał się jej tak uważnie, jakby próbował prześwietlić nie jej twarz, a wyczytać historię. Kobieta przez chwilę wydawała się nieco przytłoczona tym wzrokiem, a on milczał, czekając na rychły ciąg dalszy. Ten zawsze następował.

– Mój brat zniknął. Powiedzieli mi, żebym zgłosiła to rano, jeśli nie wróci, przeszła procedury, wypełniła druki, wnioski… - zawahała się. Zacisnęła dłonie, jakby miało jej to dodać otuchy przed dalszymi słowami - Ale słyszałam że pan mógłby wziąć jego sprawę szybciej. Nieoficjalnie.

Nieoficjalnie. Znał to słowo aż za dobrze. Za często je słyszał, razem ze znienawidzonym - papierologia. Dlatego też od razu wiedział, czemu szukała właśnie jego. Psa gończego, który w nosie miał komendy myśliwego, który spuścił go ze smyczy, a on, mimo że nieposłuszny to i tak zawsze przynosił ciekawy łup. Takie plotki krążyły jednak głównie na komisariacie albo z ust do ust tych, którzy mieli nadzieję, że ich działania nie zwrócą jego uwagi.

– Skąd Pani wiedziała, gdzie mnie szukać? - spytał z rezerwą.

– Pytałam. W straży, potem w porcie. Mówili, że tędy pan chodzi - zrobiła krótką pauzę, próbując chyba odczytać jego myśli - Gdyby to był podstęp, nie stałabym tu sama. Nie podobało mu się to. Wymówka od razu, ale tak niedorzeczna, że żaden mistrz kryminału by tego nie wymyślił, bo przecież kobieta równie dobrze bez wsparcia mogła go próbować wyprowadzić na manowce. Do tego zbyt wielu ludzi wiedziało, gdzie go można znaleźć - stawał się ofiarą własnych nawyków, a nawyki to coś, co można dziecinnie łatwo wykorzystać.

Teraz jednak ważniejsze było coś innego. Nieoficjalna sprawa, która została mu podana na tacy, oprószona cieniem współczucia wymieszanym z dozą irytacji na procedury - bon apetit, panie Venrath. Gdyby był pan rybą, przynęta na haczyku, który już pan łykał byłaby tłustym podrygującym robakiem, któremu nie sposób się oprzeć.

- I akurat mnie. Nieoficjalnym kanałem- - rzekł ponuro, wzdychając, jakby tego właśne się spodziewał od momentu, gdy zobaczył twarz tej kobiety - Proszę wszystko opowiedzieć. Kiedy to było,kto widział go ostatni? Gdzie szedł? Miał powód by...znikać na dłużej? - zaczął standardowe przesłuchanie tonem chłodnym, ale spokojnym, skupionym. Rozejrzał się po otoczeniu, z przyzwyczajenia próbując wyłapać ruch w cieniach albo dodatkowe pary oczu na szpicy.

- Phil wyszedł wczoraj wieczorem. Miał tylko sprawdzić dostawę przy starych magazynach, tam przy nabrzeżu. - kobieta złapała oddech, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie mieć nadzieję, że ktoś naprawdę słucha. Nie płakała, ale była spięta, co nie uszło jego uwadze - To nie jest niebezpieczne miejsce, proszę pana. Zna ludzi. Zawsze wracał. Ktoś mówił, że widzieli tam ostatnio obcych… Ale każdy teraz widzi obcych. On by nie uciekł. Na pewno by nie uciekł.

- U kogo pracował, z kim? Imiona, nazwiska. - ograniczał słowa, nakierowując kobietę, która zaczynała odbiegać od tematu momentami.

- Skład należy do Riemanna. Starszy człowiek, wszyscy go znają. Mój brat pracuje tam z dwoma innymi – Toren i Mal. - myślała chwilę. Zaraz dodała - Jeśli był problem, oni by wiedzieli. Albo… A co jak wiedzą, ale udają, że nie wiedzą?

Chris znał ten typ, który próbował bawić się w śledczego i rzucać pytania, które tylko fałszywie mogły go naprowadzić na trop - wiedział z czego to wynika, był to mechanizm radzenia sobie z taką sytuacją. Mógłby drążyć - wypytywać o nich, ale co ona mogła wiedzieć? Najważniejsze, że kojarzył magazyny Riemanna. Papier i rusz, zaopatrzenie lokalnych drukarni. Ale dwie z nich się zamknęły, gdy w zeszłym roku redakcja lokalnego brukowca musiała się zawinąć po tym, jak wytoczono im serię kosztownych procesów o zniesławienie - jednym słowem interes Riemanna miał prawo iść gorzej.

-Brat się na coś skarżył, był nerwowy, podpadł komuś? - Chris spytał idąc pośrednio za tym tropem

-Nie bardziej niż zwykle. Jest uparty, czasem się odzywał nie tam, gdzie trzeba… - zmarszczyła brwi, próbowała sobie przypomnieć. Dodała po chwili - Gdyby miał kłopot, przyszedłby powiedzieć. Zawsze mówił.

- Niech pani złoży zawiadomienie. Na wszelki wypadek. - rzekł trochę sucho. Siostra zaginionego nie mogła mu już bardziej pomóc, więc przydepnął wypalonego papierosa, przez chwilę tylko szukając wzrokiem najbliższego śmietnika, bezowocnie. Kobieta przez jego chłód i brak zapewnienia, że zrobi co w jego mocy zamilkła, przez chwilę wydawała się być nawet trochę oburzona kolejną spychologią.

Chris ruszył. Ale zmienił kierunek.


Świadek

Chris kierował się nie tam gdzie zmierzał wcześniej a raczej tam, gdzie była droga do magazynu. Prosta jak konstrukcja cepa przez większość czasu, a na końcu wymagała lawirowania bocznymi uliczkami i przejściami między budynkami. -Jedyny order, jaki Cię za te wszystkie dodatkowe fuchy czeka to kosa pod żebra, Venrath - tą “bojową” odezwą uspokoił własne myśli, skupiając się tylko na otoczeniu. Chociaż pluł sobie w brodę, że nie omówił z kobietą kompensacji za fatygę. Nie wydawało mu się to jednak na miejscu.

Wszedł na teren Riemanna. Kilka lamp, więcej cieni niż światła. Przed wejściem kręcił się jeden robotnik. Młodzieniec, któremu przypadła późna warta. Udawał zajętego, ale za często zerkał na Venratha od momentu, w którym ten pojawił się w przesmyku między budynkami. Tak, jakby nie szukał kłopotów… Ale już je miał.

Gdy Chris ruszył w jego kierunku, aż podskoczył prostując się.

– Magazyn zamknięty na dziś. – powiedział. Za szybko.

Venrath odpalił kolejnego papierosa. Nonszalancko. Tak, jakby nie spodziewał się zapowiadanej w czarnej myśli kosy pod żebra lada moment. – W moim fachu pracujemy dzień i noc. Ale Ty chyba spodziewałeś się jednego z nas.

– Nie… ja tylko chciałem powiedzieć, że nie ma tu nikogo z kierownictwa - kręcił głową i przesunął się lekko, zasłaniając niego wejście własnym ciałem, co zwróciło uwagę Chrisa. Wbił wzrok w te drzwi za nim - Po co pan przyszedł?

- Gdy będę szukał kierownictwa, to znajdę kierownictwo. Teraz szukam.. Kogoś innego.

- Ja nic nie zrobiłem. - chłopak zbladł bardziej, niż odmalowane fasady głównych budynków Lwich Wrót, które przed laty zamieniło te miasto w cementowy koszmar. Chris spojrzał na niego tak, jakby już wiedział. Odezwał się cicho, półgłosem, nie wróżącym nic dobrego.

– Zatem ktoś coś zrobił. I ty nie masz z tym nic wspólnego… ale coś wiesz.

- Ja tylko pracuję! - rzekł szybko - zdecydowanie za szybko jak na gust Chrisa i oblizał usta. Patrzył w bok, nie na Chrisa, ale pękał. Cisza, szpakowaty nieruchomy gwardzista, który nie wydawał się być zbyt przekonany o jego niewinności robiły swoje. Zmiękł, nim Chris znów otworzył usta - Dzisiaj.. Przyjechali jacyś ludzie. Mieli papiery. Riemann ich wpuścił. Potem Phil zaczął zadawać pytania.

Chris skinął głową. Dał mu znać, że dokładnie o to chodziło. Pozwalał mu mówić dalej, sam w międzyczasie zaciągnął się dymem. Wystarczyło. Młody zaczął mówić szybciej, nie radząc sobie z ciszą i niepewnością co teraz będzie. Zresztą, mleko już się rozlało.

- Oni nie wyglądali jak kupcy. Za dobre buty. Zbyt czyste stroje, ręce. Phil powiedział, że sprawdzi list przewozowy jeszcze raz. A potem już go nie widziałem.

- A Toren i Mal? Gdzie byli?

- Obsługiwali “kupców” bez szemrania. Widziałem, że przyjmowali napiwki… Myślałem, że za to, że zostali po godzinach…

- Dobrze… - uniósł rękę, to już mu nie było potrzebne, a młody lada moment się zapędzi - Gdzie był Phil, gdy ostatni raz go widziałeś?

– W środku. Wchodził do biura Riemanna. Tam, gdzie trzymają dokumenty i pieczęcie.

-Kiedy?

-Wczoraj.. Też stałem wieczorem. Ci ludzie przyjechali tuż przed zamknięciem magazynu o 21, Riemann na nich czekał.

W ręku Chrisa błysnęła odznaka gwardii, którą nie powinien świecić poza godzinami pracy.

– Potraktuj to jak nakaz przeszukania. Trzymacie tutaj coś łatwopalnego? - wyciągnął papierosa spomiędzy warg. Nie prosił, stwierdzał fakt. Phill natychmiast robi krok w bok.

– Tylko dokumenty. I atrament. Na zapleczu są skrzynie, ale zamknięte… Ja… ja mam klucze. - wyciągnął je z kieszeni.


Magazyn

Ręce lekko mu drżały, chwilę metal brzęczał o metal gdy chłopak próbował wsunąć klucz. Przekręcił go, otwierając drzwi do magazynu.

W środku było ciemno, ale buchnęło wonią - papieru, atramentu, soli i… Czegoś metalicznego, co łatwo można było przeoczyć, gdyby nie zawodowa wprawa.

Chris uniósł dłoń- na jego palcach rozpaliło się strażnicze światło. Rozejrzał się- głównie za drzwiami zaplecza. W nowym świetle zobaczył wnętrze magazynu - rzędy pudeł, za nimi wywrócone krzesło, a dalej wspominane drzwi, ku którym ruszył. W świetle pod kątem zobaczył jeszcze rysy na klamce. Ciemniejszą smugę na drzwiach i śladu butów przed nimi. Metaliczny zapach się zintensyfikował.

- Riemann był nerwowy tego dnia, prawda? - zapytał, tylko po to by się upewnić.

- Tak. Chłopaki mówili, że od rana. - zamyślił się. – Jakby wiedział, że ktoś przyjedzie. Ciągle wychodził przed magazyn… Przypomniało mi się, że wkurzył się na Phila, gdy zaczął gadać o listach przewozowych… - urwał. Spojrzał pod nogi, na to co oświetlał właśnie Chris - Co do…

Odpowiedziała mu jedynie cisza zza drzwi. Chris zabrał mu klucze z dłoni i ruszył ku drzwiom, omijając ślady butów pod nimi, by ich nie zatrzeć. Spodziewał się wszystkiego, dlatego wolał od razu uprzedzić człowieka wyuczoną formułką:

- Na mocy moich uprawnień, prawdopodobnie zostaniesz wezwany na posterunek w charakterze świadka. Zapewnimy ci bezpieczeństwo i eskortę. Uchylanie się od tego… Ściągnie Ci na kark gwardię - rzekł, otwierając drzwi na oścież.

- D-dobrze - rzekł nieco oszołomiony młody. Chyba docierało do niego, że to już koniec spokojnej nocki.

Klamka ustąpiła z cichym kliknięciem, drzwi powoli się otwarły, jakby Chris obawiał się, że może w coś nimi uderzyć. A gdy światło z jego dłoni wpadło do środka zobaczył.. Skrzynie. rozbite pieczęcie. I nieruchomy kształt między nimi, który nie ruszał się.

- Nie kosa pod żebra, ale bajzel w naszych papierach.. - rzucił ponuro. Chris uklęknął przy tym kształcie. To było ciało, które leżało na boku. Robotnicze ubrania. Na nim krew, ale nie tak dużo, jak się spodziewał. Gdy przyklęknął, próbując go obrócić usłyszał cichy, ledwie słyszalny jęk - Phil żył. Jego oczy otwarły się na moment, mętne.

– …oni… dokumenty… zabrali… - wyszeptał, próbował złapać powietrze – Riemann…

Chris wywrócił kieszenie płaszcza na drugą stronę, wyszarpując z nich przenośną apteczkę i przydziałowy, rzadki w gwardii komunikator, który miał zdawać po zadaniach w terenie, ale zwykle nie przywiązywał do niego wagi. Domyślna częstotliwość, na jakiej odpowiadał była ustawiona na tą, która działała w tym mieście.

Chris zaczął relacjonować, nie czekając na odpowiedź z drugiej strony. Żądał wsparcia, medyków i noszy. Na cito. Do tego magazynu.

Komunikator trzeszczał, ktoś odpowiadał, ale Chris mówił szybciej, bez przerwy. Gdy tylko spomiędzy trzasków wyłapał potwierdzenie, zabrał się za udzielenie pomocy rannemu tak jak umiał. Młodzieniec stał jak wryty, nie mogąc sobie poradzić z tym, że pilnował magazynu ze skatowanym człowiekiem w środku.

Oddech rannego się stabilizował, ale przytomność nie wracała mimo zużycia na niego skoncentrowanych środków alchemicznych z przydziałowej apteczki. Chris niewiele mógł zrobić. Gdy usłyszał kroki na dworze i nawoływania odezwał się do młodego człowieka.

- Gwardia na ciebie liczy. Mnie pewnie odsuną od sprawy, ale Ty nawet nie kryj Riemanna, on musiał wiedzieć. Nie zachowasz tej roboty lojalnością. Młody otworzył i zamknął usta jak ryba. Miał coś odpowiedzieć, ale drzwi otwarły się gwałtownie. Wszedł patrol gwardzistów, zaraz za nimi dwaj medycy z noszami, którzy od razu przejęli Phila. Nikt nie śmiał nawet zasalutować starszemu rangą Chrisowi, bowiem za nimi w drzwiach zaplecza stanął inspektor Collins. Zaskakujące, bowiem nie była to sprawa aż tak wysokiej wagi...

Rozejrzał się po bałaganie, po skrzyniach, spojrzał na młodzika, aż zatrzymał wzrok na Chrisie. Nie krzyczał, ale miał ostrzejszy ton.

- Venrath. Powiedz mi, dlaczego dowiaduję się o tym z komunikatora, a nie od Twojego przełożonego?

Spojrzenia chłopaków z patrolu oblepiły Chrisa z ciekawością. To nie była prywatna rozmowa.

– Nagła sprawa. Miałem wolne - rzekł, odsuwając się od rannego robiąc więcej miejsca medykom. - Mamy świadka. Motyw. Potencjalnych sprawców. Spiszę pełny protokół.

Inspektor nie wyglądał na zadowolonego, ale nawet on nie mógł zaprzeczyć, że Chris wdepnął w coś grubego - ranny, który na pierwszy rzut oka nie dożyłby poranka, rozwalone skrzynie.

– Zawsze jesteś w centrum jakiejś kabały, Venrath. I zawsze trochę obok łańcucha dowodzenia. Nie podoba mi się to. Raport na moim biurku. Dzisiaj przed północą i nie obchodzi mnie ”wolne”. Bezpłatne nadgodziny na własne życzenie. - zrobił krok ku niemu. Reszta udawała że nie słucha, ale to był bezcenny materiał do posterunkowych plotek - Chris znowu ma kłopoty z Collinsem. Colins wyłapał to. Rzucił gniewne spojrzenie na patrol - Świadka zabezpieczyć. Miejsce zamknąć.

– Aye, sir. Ale zaginęły papiery. List przewozowy szemranej klienteli. Prawdopodobnie Riemann będzie wiedział Niech ktoś to sprawdzi. Pan Phil na moment odzyskał przytomność i o tym mówił - Chris pod płaszczykiem uprzejmości wytknął błąd w jego rozkazach. Collins spojrzał na niego chłodno i burknął tylko do obu gwardzistów, który aż się wyprostował:

- Hull, zajrzysz do niego jeszcze dzisiaj, jak odprowadzisz medyków. Jameson, zostajesz tutaj i sprawdzasz magazyn.

Zadania przypisano, zamieszanie powoli opadło, a medycy już wyruszyli w stronę fortu Mariner na południu miasta.Medycy z noszami już ruszyli w stronę fortu Mariner na południu miasta.

Inspektor Collins został na miejscu. Razem z Jamesonem przetrząsał składzik, a Chris mógł tylko podejrzewać, że będzie szukał wszystkich nieprawidłowości, jakie mógł tu znaleźć – od zatarcia śladów po zastraszenie świadka. Ów świadek czekał na swoją kolej albo i obiecaną eskortę na posterunek. Chris do niego dołączył, bo on siłą rzeczy miał jedno zadanie - pisać - a to wymagało drogi na posterunek.


– Było warto? - spytał go młody, gdy usłyszał jego kroki za sobą

Chris spojrzał w tę uliczkę, w której znikali właśnie medycy z noszami.

– Raczej trzeba było. Inaczej mielibyśmy trupa.

Młody przytaknął. Nerwy schodziły z niego powoli. Słowa Venratha sprawiły tylko, że na moment zbladł, gdy usłyszał na głos to, co sam pomyślał. Nie odezwał się. Za to Chris jeszcze przez chwilę wpatrywał się w tamto miejsce ślepo. Rzucił półgłosem, tak że tylko uszy młodego mogły to wyłapać:

– …Oni nie widzieli nawet, że tu będę. Odprawili jego siostrę z kwitkiem, by przyszła rano, gdy będą na miejscu osoby od papierów. Słuchaj… Mnie kosztowało to dwadzieścia minut mojego czasu od momentu, gdy z nią rozmawiałem na ulicy. Tyle czasem warte jest życie.

Chris zapalił kolejnego papierosa. Trzeciego, odkąd wszystko się zaczęło, a teraz miał w sobie poczucie… Niedokończonej sprawy, bowiem poprzedni szlug zawieruszył się na zapleczu. Funkcjonariusz skrzywił się - Collins na bank znajdzie i podciągnie to pod zaśmiecanie miejsca przestępstwa. Drugi raz tego wieczora nawyki Chrisa sprowadziły nań pecha.

Młody zastanowił się nad jego słowami. W rezygnacji, chłodzie i goryczy Venratha łatwo było wyczytać jedno - “nie gadaj nic więcej”, ale samo cisnęło się na usta:

- Te papiery to jeden wielki problem - machnął ręką w stronę magazynu, podsumowując cały ten biznes.