James Falk

Z L6F
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
James Falk
Rasa

Człowiek

Płeć

Mężczyzna

Wiek

24

Klasa

Inżynier

Przydomek

-brak-

Rola w Lidze

Opiekun

Filar

Determinacja

Powiązane organizacje

-brak-

Bliscy

-brak-

Status postaci

Główna

Gracz

-


Informacje ogólne

Aktualny wygląd postaci

James jest człowiekiem, urodzonym i wychowanym na pustkowiach okolic Brisban Wildlands, Dry Top i Silverwastes. Jego rodzice wywodzą się z bandyckiej szajki, pośród której dorastał i uczył się trudu sztuki przetrwania. Gdy podrósł do młodzieńczego wieku, postanowił siłą opuścić rodziców i ich bandę, pozostawiając ich wszystkich w tyle.

Charakteru Jamesa nie da się jasno określić. Czasami bywa rozmowny, czasami nie mówi za dużo. Gdy się zdenerwuje, rzuca przekleństwami na prawo i lewo, nie stroni też od tego by komuś dociąć. Lubi pić wino, piwo, ludzki wariant whiskey oraz palić skręty. 

Umiejętności

Rewolwerowiec - James potrafi zręcznie i wprawnie posługiwać się pistoletami. Potrafi ich szybko dobyć i wystrzelić. Do tego opanował sztuczkę strzelania w dwie strony naraz - mierzy w dwa cele z każdego pistoletu i szybko patrzy raz w jedną, raz w drugą stronę, odpowiednio kalibrując położenie broni. Nie zawsze to wychodzi celnie, lecz mimo wszystko nieraz może uratować strzelcowi życie. 
Tropiciel - James ma bardzo dobrą orientację w terenie i dużą wyobraźnię przestrzenną. Posiada umiejętność tropienia ze śladów a także zna się na sztuce przetrwania. Rozpalenie ogniska, rozbicie obozu - to dla niego żadne wyzwanie. Potrafi wykryć ślady pozostawione przez jakąś większą grupkę osób i nimi podążać, o ile nie zostaną zatarte. Gdy przyjdzie co do czego, potrafi się trochę poskradać, lecz nie używa do tego żadnej magii.
Zwinny - James jest zwinniejszym człowiekiem niż silniejszym. Niedobory w sile mięśni nadrabia skocznością, refleksem i płynnymi ruchami. Jest jeszcze młody więc jest w stanie szybko uniknąć ataku, sprawie przeskoczyć przeszkodę lub zablokować ruch przeciwnika. Poza tym dobrze walczy wręcz - potrafi wyprowadzić silny i celny cios w szczękę lub mocnego kopniaka na klatę. 
Pierwsza pomoc - samotne kroczenie przez pustkowia wymagało dobrego zaznajomienia się z leczeniem ran. Dlatego też James zna się na pierwszej pomocy - potrafi przeprowadzić resuscytację, wyciągnąć pocisk z ciała, obandażować ranę czy nastawić bark. Nie używa w tym celu magii, tylko podręcznikowego doświadczenia.
Koneser wyrobów tytoniowych - jakby nie patrzeć, każdy ma jakieś nałogi. James wypuszcza swoje napięcie wraz z wydychanym dymem. Zawsze nosi przy sobie drewnianą papierośnicę, mieszczącą do 20 papierosów.  Lubi też sobie popić, szczególnie brandy czy wino.
Majster - James potrafi z niczego zrobić coś. Nauczyło go to życie na pustkowiu, gdzie samemu trzeba było naprawiać swój sprzęt i produkować naboje. Potrafi również zmontować prowizoryczne gadżety i ulepszenia, by dać sobie przewagę w walce. Zna się na konserwacji broni palnej, jej obsłudze i budowie. To sprawia że wiele rzeczy, nawet teraz, woli wytworzyć sobie sam niż kupić.
Podstawowe przeszkolenie pilotażowe - na potrzeby Drugiej wyprawy na Kryształową Pustynię, James został na szybko przeszkolony w M.E.S.M.E.R. w dziedzinie pilotowania pojazdów latających. Nie mniej jednak brakuje mu doświadczenia - kilka lotów symulacyjnych i jeden praktyczny jeszcze nie czynią go asem przestworzy.

Wygląd i ekwipunek

Starokryteński płaszcz - skórzany płaszcz wzorowany na dawnym ubiorze kryteńskim. Posiada kilka pasów i pazuch, dzięki czemu można umieszczać w nim przeróżne przedmioty. Jak zawsze jedna pazucha poświęcona jest dla papierośnicy. James zdobył ten płaszcz za swoje zarobione pieniądze.
Dwa żelazne pistolety - zwyczajna para pistoletów skonstruowana przez Jamesa w pracowni LmA z tego co mu akurat pod rękę wpadło. Jakieś żelazne lufy, drewniane obudowy złączone w jeden jednostrzałowy pistolet. Nie jest to cud techniki a raczej dzieło typu "Jak zrobić coś z niczego". Po każdym strzale należy go przeładowywać. James nosi zapas amunicji ze sobą, w zależności od tego na ile go stać.
"Karabin snajperski" Lwiej Gwardii - pierwotnie muszkiet, jednakże po wymianie lufy, zamka na czterotaktowy, dodaniu lunety i zamontowaniu stojaka służy Jamesowi za broń wyborową. Po każdym strzale należy przeładować. Celność jest przeciętna, tak samo jak siła strzału. Nie mniej jednak jest lekki i poręczny.
Ukryte ostrze w rękawicy - pierwszy skonsturowany przez Jamesa gadżet odkąd zawitał w bractwie. Jest to zwyczajny nożyk osadzony na trybikowym mechanizmie, ukryty w rękawicy. Naciśnięcie odpowiedniego przycisku powoduje wysunięcie się noża. Ostrze można swobodnie wyjmować z mechanizmu i używać np. do krojenia czegokolwiek. 
Moduł paraliżujący - nowy dobytek Jamesa. Jest to gadżet skonstruowany z asurańskich śmieci. Wykorzystany został kryształ energetyczny, który wysyła wiązkę energii gotową obezwładnić żywą istotę i zapewnić jej sen na jakiś czas. Po każdym strzale kryształ musi się ponownie naładować, a trwa to 3 tury. Moduł ukryty jest w prawej rękawicy.
Rakietowe buty - buciory obite stalą. Podeszwy kryją mechanizm, który pozwala Jamesowi wykonać daleki skok. Podczas walki kopniak z takiego obuwia boli, tym bardziej gdy przy tym James pozwoli sobie na odpalenie niewielkiego odrzutu, sprzedając rakietowego kopa na klatę. Mechanizm skoku ma swój limit ze względu na zbiorniczek paliwa który trzeba stale odnawiać.
Spryskiwacz mgiełki leczącej "Szlauf" - niezwykle przydatne urządzenie ukryte w naramienniku. W razie niebezpieczeństwa, James może włączyć urządzenie które spryska obszar wokół niego leczącą mgiełką. Wpłynie to pozytywnie na stan fizyczny sojuszników oraz pomoże w gojeniu się ran. Niestety, zbiornik po każdym użyciu trzeba napełnić.
Drewniana papierośnica - zwyczajna, drewniana papierośnica, mieszcząca dwadzieścia sztuk papierosów lub skrętów, zależy co pod ręką. Na wewnętrznej stronie pudełka, na klapce namalowany jest obrazek kobiety przypalony papierosem.
Bukłak z wodą ze Szmaragdowej Przystani - James nosi go przy pasie. Wypełniony jest wodą z jednej z fontann ze Srebrnopustkowi, dokładniej ze Szmaragdowej Przystani. Na terenie pustokwi jest bardzo orzeźwiająca i zachowuje swoją niską temperaturę, z kolei po opuszczeniu lokacji staje się zwykłą wodą. James używa jej do orzeźwiania się po papierosie, lub w trakcie walki. Stosuje ją też do odkażania ran, gdy udziela pierwszej pomocy.
Harmonijka - Otrzymana jako prezent od rady na inicjacji w poprzednim bractwie. James powoli sobie ogarnia jakieś proste melodyjki, więc co nieco już potrafi zagrać. Wygrawerowany na niej jest napis Włóczykij. Czego chcieć więcej dla takiego człowieka jak James? 

Historia postaci

Namiot w kręgu palisady nazwany domem

Jestem James Falk. Pochodzę z małej "ludzkiej" osady na pustkowiach w stronę Maguumy...

Ta, jasne, kogo ja chcę oszukać? Urodziłem się wśród bandytów i pomiędzy nimi dorastałem. Prawda boli, ale ten ból każe ci się wygadać. Mimo że bardzo chcesz o tym nie mówić byle komu, i tak powiesz, takie życie.

Więc mieszkałem w bandyckiej osadzie. Rodziców się nie wybiera, choć mogłem trafić gorzej. Ojciec był hersztem, matka to wiadomo, skoro kobieta wodza to ma pozycję uprzywilejowaną. Gdy byłem dzieciakiem stary nie dawał mi luzu. Musiałem czyścić broń, zasuwać z wodą, naprawiać palisadę, łatać dziury w namiotach. Nieźle ciężka robota jak dla małego chłopca, ale żarcie było w zamian w porządku. No i to że ojciec patrzył na mnie przychylnie. Co miało mi się przydać zupełnie niebawem...

Czarnoskóra piękność

Tego dnia rozbudził mnie soczysty kopniak w brzuch. Otwieram oczy i słyszę: - [i]Wszystkiego najlepszego![/i] Żyjąc tak daleko od cywilizacji, często zapominasz o dniu sezonu jaki mamy, nie mówiąc o roku. Niektórzy z obozu, Ci co szli bliżej Drogi, przynosili takie informacje ze świata. Tak jakby to było bandziorom potrzebne. Przeliczyłem szybko na rękach, w sumie... to tego dnia skończyłem 17 lat.

Urodziny to dla mojego starego było wielkie święto. Nie żeby moje, ale każdego z osobna. Wtedy zawsze wieczorami robili ucztę - rozpalali ognisko, piekli świnie, kurczaki czy ptaki moa. Matka znała się na gotowaniu, więc takiego żarcia to nigdzie nie znajdziesz. No, szkoda że już w ogóle nigdy nie odnajdzie się tej kucharki. Znowu te wspomnienia...

Ta, która mnie obudziła nazywała się Esmira - szesnastoletnia kobieta, całkiem niezła, ma się na czym oko zawiesić. Jedyny jej minus to fakt, że wydaje się mieć jaja większe od niektórych starszych bandziorów. Taka no, odważna, silna i przebiegła. Kumplowaliśmy się z dzieciństwa, w sumie zostało nam do teraz ale to nie to samo. Ona już od dawna mogła wychodzić na Drogę, kiedy ja jeszcze zakopywałem sławojki po starym.

- Wstawaj, Twój ojciec chce Cię widzieć - odrzekła i puściła mi oczko, po czym wyszła z namiotu. Dupę miała nieziemską.

Co takiego robi się w urodziny w bandyckim obozie? Chleje, pali i idzie dupczyć. Tak też było wieczorem, gdy wszyscy zasiedli by świętować kolejny rok mojego gnicia na tym zadupiu. Ojciec jak zwykle śpiewał, matka tańczyła z innymi dziewuchami ku uciesze reszty bandy. Ojciec wiedział, że czasami musi pozwolić by jego służalcy mogli sobie popatrzeć na jego kobietę, jak wywija biodrami i wije się niczym wąż po ściółce, żeby byli zadowoleni. Ja to miałem w dupie, posiedziałem chwilę i poszedłem do namiotu.

Chciałem ruszyć, dowiedzieć się co to jest Droga. Ciągle tylko gadali - akcja na Drodze, na Drodze spotkałem tego, tamtego, sramtego. Może sobie jeszcze korki w dupy wsadzali na tej Drodze - myślałem. Pah, teraz to takie śmieszne, patrząc na czasy kiedy człowiek nic o tym nie wiedział. Teraz mi wstyd. Wstyd za to, że byłem tak nieświadomy swojego położenia. Nie wiedziałem że należę do bandziorów i mój ojciec z matką na takiego właśnie mnie wychowują. 

Hej, co tak siedzisz sam? - rzekł czyjś kobiecy głos. To była Esmira, która wlazła do mojego namiotu. Miała na sobie ciężki, skórzany płaszcz. Była dobra w kamuflowaniu się, bo jej skóra i ten płaszcz idealnie się zlewały. Położyć ją koło gówna i nie zauważysz. Zawsze jej to chciałem powiedzieć, ale... Tak czy siak weszła do środka.

- Nie chce mi się słuchać pijackich przyśpiewek Esmiro. Wkurzają mnie, tym bardziej gdy widzę jak matka odprawia dzikie tańce.

- I dlatego lubisz sobie posiedzieć tak sam co? Powiem Ci coś. Mnie też się tam nie chce siedzieć. Dobrze, że cię tu zastałam.

To nie był jej naturalny ton głosu. Zawsze twarda i nieugięta, teraz mruczy jak kot. Zdziwiłem się i uważniej na nią spojrzałem. Zaczęła iść w moją stronę, powoli i... jakoś inaczej. Stanęła naprzeciwko mnie w lekkim rozkroku i popatrzyła na mnie od stóp do głów. Zerwałem się na nogi i zapytałem:

- W czym rzecz?

Nie odpowiedziała, a tylko rozchyliła nieco płaszcz, wyciągając zza pazuchy flaszkę z winem. Ta, tak  jak gdyby mnie wino interesowało skoro przed chwilą zobaczyłem że pod tym płaszczem nie ma żadnej koszuli. Odkorkowała flaszkę zębami i wzięła łyk, po czym dała mnie. Rozsiadłem się wygodnie, przechyliłem flaszkę wlewając sobie napitek. Czułem że robi mi się gorąco - bardziej od wina czy od niej? Ta myśl ustąpiła innej, tej, że mam dość bycia traktowanym jak dzieciaczek przez swojego starego i cały obóz, a przede mną stała najlepsza okazja by to udowodnić. Zerwałem się z nóg, ona chyba na to czekała. Tym lepiej dla mnie.

Po wszystkim, wstała naga z łoża i podeszła po płaszcz. Wyciągnęła z niego drewnianą papierośnicę i dała ją mnie, malując na swojej twarzy ten pociągający uśmiech który przez ostatnie dwie godziny napędzał mnie bardziej i bardziej. Świetne urodziny - pić, palić i dupczyć.

Droga

Żyło się dobrze. Esmira pozostała przy mnie i była tylko moja, więc żaden fagas nie ważył się jej tknąć. Nie myślałem że tak będzie wyglądać dorosłe życie, ale teraz każdy czuł przede mną jakiś respekt - czy to ze względu na ojca, matkę albo umiejętności strzeleckich. Tak, we władaniu pistoletami nie miałem sobie równych. To taki chyba dar, na przekór losowi, gdyż stary nosił miecz i tarczę, matka zaś biła się sztyletami. Była szybka i zwinna, tak jak ja.

Droga. Gdy pytałem co to, wszyscy mnie zbywali. Tym razem było inaczej, miałem przekonać się na własne oczy czym jest ta cała Droga. Stary dał mi grupkę kilku ludzi i miałem się słuchać najstarszego. Po co takie przygotowania? Przecież wcześniej już wychodziłem na polowania i tym podobne, ale stary miał rację - wtedy nie byłem gotowy na to by poznać prawdę o sobie i świecie zamkniętym za drewnianą bramą osady.

Szliśmy jakiś kawałek, przy okazji gadając, podśpiewując. Tak czy siak, podobno się zbliżaliśmy do celu. Nie było tam nic poza zwyczajną drogą i kilkoma drzewami. Coś mi tego dnia powiedziało, że w powietrzu wisi jakieś niebezpieczeństwo, że cos tu nie gra. Dupczyć to, zrobić co zrobić i zakurzyć.

Krótka pogadanka na temat tego co robimy. Ma tu jechać grupa osób z zapasami, które mamy od nich przejąć. Młody i głupi gówno wiedziałem o tym że mamy ich tak naprawdę obrabować. No trudno, miałem ruszyć do nich i "przejąć" towary. Zaczailiśmy się za drzewami.

Nuda, nuda i nuda. A cały czas jarać mi się chciało na poczekaniu. Ale nie można było, jakkolwiek by się chciało, bo stary za uszy wytarga lub gorzej.

Nadjechali - kilka marmoxów objuczonych towarami, do tego zbrojni w złotych pancerzach i ubraniach. Ale jacy? Wielkie koty, małe karły z długimi uszami, jakieś chodzące krzaki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Naprawdę zdziwiony patrzyłem się na nich, do momentu usłyszenia wystrzału. Ruszyli. Na moment utkwiłem w stagnacji gdy patrzyłem jak ludzie z mojego obozu idą "przejmować" towar. Gówno prawda. Rozmawiali z nimi językiem stalowych szabli i ołowianych pocisków. Tamci najwyraźniej nie zrozumieli z czym mają do czynienia. Zaskoczeni, padali na ziemię. Poczułem klepnięcie w tył pleców, co oznaczało że albo ruszam albo kula w łeb. Gówniany interes. Zacząłem strzelać, choć nie chciałem.

Po wszystkim nie odzywałem się do nikogo. Prowadzili marmoxy do obozu, ciesząc się jak dzieci które właśnie dostały drewnianego konika do zabawy. Gdy dotarliśmy do obozu, wrota otwarły się a wszyscy rzucili się zobaczyć, co dzisiaj padło łupem. Alkohole, żarcie i moja niewinność, to dzisiaj zgrabili i już nigdy nie oddadzą. 

Coup de grâce

Nigdy nie zapomnę tego miesiąca. Dziennie wstawałem i miałem ochotę połknąć lufę swojego pistoletu i pociągnąć za spust. Dlaczego musiałem się urodzić akurat wśród bandziorów? Czym sobie kurwa zasłużyłem na taki los? Splunąłbym mu na twarz, gdyby się dało, ale oczywiście trzeba przełknąć tę gorycz. Ale jak się miało okazać niebawem, będę miał rozwiązanie...

Matka wlazła do mojego namiotu gdy siedzieliśmy z Esmirą przy żarciu. Też nie ma lepszy por, tylko przychodzić wtedy, gdy jestem zajęty. Popatrzyłem na nią beznamiętnie i zapytałem w jakim celu przyszła. - James, wyruszasz dzisiaj z nami na przechwycenie. Musimy rodzinnie zapolować co młody? Jak zjesz to przyjdź do nas, obgadamy plan i ruszymy. Esmira popatrzyła na mnie z uśmiechem, po czym rzekła swoim nienaturalnym acz pociągającym tonem przeznaczonym tylko dla mnie: - No proszę, trójka przywódców rusza na polowanie. Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi, nic więcej. Skończyłem jeść i ruszyłem do namiotu rodziców. Tam przeszliśmy przez pełne planowanie, znaczy oni wymyślali, mnie to tam gówno obchodziło. Tym razem miał to być mniejszy transport, ale bogatszy. Starzy nie chcieli powiedzieć co, więc byłem dodatkowo zaniepokojony. Pożegnałem się z Esmirą, jedyną osobą dla której chciało mi się tu siedzieć, choć wiedziałem że ona też swoje za uszami ma, jednakże to traci ważność przy tym jaka jest dla mnie.

Ruszyliśmy w trójkę. Ojciec jak zwykle ze swoim mieczem i tarczą, matka miała przy biodrach dwa długie ostrza, zaś ja z dwoma pistoletami. Kroczyliśmy w równym szeregu. Przez chwilę poczułem coś innego niż te perfidnie samopoczucie odkąd obrobiłem pierwszą karawanę. Idąc tak, dostrzegłem w nich tych samych rodziców co kiedyś, za dziecka. Tego ojca, który uczył życia i matkę, która dbała o Ciebie, byś coś zeżarł, ubrał się porządnie i chodził spać o tej samej porze co inne dzieciaki i nie interesował się tym co robią dorośli. I tutaj wpadłem między młot a kowadło - z jednej strony uczucie do rodziców, z drugiej strony nienawiść do nich za to kim są. To wszystko nie dawało mi funkcjonować, czułem się jakby spadło na mnie olbrzymie kowadło morale.

Doszliśmy na miejsce, Droga była pusta a wzdłuż niej rozwinął się pas wyschłych gałęzi krzaków, gdzieniegdzie kilka drzew, na szczęście obrośniętych. Wdrapałem się na jedno z nich, ojciec schował się za nim, zaś matka padła pod krzakami, by wyczekiwać. Do mnie należało dać znać, kiedy transport będzie w odpowiednim miejscu by rozpocząć rabunek. Też mi robota.

Nadjechali. Transport nie zawierał więcej jak dwa marmoxy i sześciu strażników, uzbrojonych w broń białą. Z korony drzewa mogłem wyczytać myśli ojca - Bułka z masłem. Gdy minęli leżącą w krzakach matkę, uniosłem jeden z pistoletów i wycelowałem w tego idącego z przodu. Wątły popielec ubrany w jakieś złote szmaty, wyglądał jak klaun z jednej książki którą czytałem w osadzie. Miał tępy wyraz mordy, oczy szeroko rozstawione zaś szczęka wysunięta do przodu. Naciągnąłem kurek pistoletu. Dzięki popielec doczekał się ozdoby pomiędzy tymi dwoma ślepiami, szkoda tylko że nie spojrzy na siebie w lustrze.

Matka wystrzeliła jak z procy, rzucając nożami w dwójkę strażników osłaniających tyły. Ojciec z rykiem wybiegł - To jest napad! Żegnajcie się z sakwami i życiem! A ja zostałem tam, u góry, choć miałem zeskoczyć. Razem z tym wystrzałem, odesłałem wszystko co na mnie ciążyło - nienawiść do starych, do obozu i tego gdzie się znajduję. Została tylko pustka, której nijak nie dało się wypełnić. Siedziałem tak dobrą chwilę, gdy usłyszałem ryk ojca wzywającego na pomoc. Walka okazała się nieco trudniejsza niż im się wydawało, tym bardziej że jeden z napadających siedział sobie beztrosko na drzewie. Zlazłem z drzewa i rzuciłem się w wir. Zacząłem strzelać do strażników, w sumie w dupie miałem to czy przeżyją czy nie. Odkąd straciłem wiarę w świat, w którym się wychowałem, tylko moja kobieta rozpalała iskrę, która pozwalała mi wieść ten usrany żywot.

Został tylko jeden strażnik - człowiek wysokiego wzrostu, wyglądający majestatycznie w tej złotej płytówce i mieczem zdobionym głową lwa u taszki. W jego oczach można było zobaczyć strach, najzwyczajniejszy w świecie strach osoby która wie że zaraz zarobi nóż w gardło, cięcie w brzuch i pocisk między oczy. Mimo tego skurczybyk stał dalej w pozycji bojowej, choć wiedziałem że jego spodnie kolcze przeciekają właśnie gównem.

Ojciec  zamachnął mieczem w powietrzu, matka otarła sztylety o siebie. Ruszyli we dwoje, jak hieny, które właśnie zabierają się za wpieprzanie padliny. I właśnie w tym momencie do głowy uderzyła mi ta myśl, która obróciła moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie myślałem wtedy ani o sobie, ani o starych, tym bardziej o Esmirze. Stanąłem w rozkroku. Pistolet w prawej ręce wymierzyłem w starego, ten w lewej w matkę. Przebiegałem wzrokiem z jednej strony na drugą, upewniając się że trafię. Obsrany strażnik jeszcze bardziej musiał się obsrać, tym razem chyba z wrażenia gdy zobaczył jak dwójka parszywych bandziorów pada a z ich głów leje się krew.

Zrobiłem to. Syn wyklęty zabił swoich wyklętych rodziców. Nie było mi żal, nie było mi szkoda. Gdy tamten stał w osłupieniu, rzekłem tylko: - Spadaj stąd. Mam po jednym naboju w każdym z pistoletów, więc bez głupot. Zabieraj towar.

Podziękował mi. A o tym gównie nie żartowałem, naprawdę poczułem że się zesrał. Popatrzyłem tylko na truchło ojca i matki. Nie czułem do nich nic. Absolutne zero. Przeszukałem ciała poległych. Trochę żarcia, jakieś naboje, zapasy, śmieci - wszystko to wrzuciłem do jednego, wielkiego plecaka który jeden miał na plecach. Przyda się, wszak od teraz miałem wieść życie samotnika z wiecznym bólem serca, że musiałem zostawić w starym świecie kogoś, na kim mi zależało.

Stróż pustkowi

Jałowe ziemie mają jeden zasadniczy plus - z wyschniętego drewna szybko zapala się ognisko. I tak właśnie spędziłem całkiem spory kawał mojego życia - śpiąc pod gołym niebem, czasami w prowizorycznym namiocie i przy ognisku. Nieczęsto spotykało się tu kogoś poza wygłodniałymi zwierzętami, no ale od czego ma się broń? To takie proste, gdy obiad przychodzi sam do ciebie, przekonany w tym że to ty będziesz jego obiadem. Nic bardziej mylnego.

Co można było robić w międzyczasie? Na początku zabijałem nudę czytaniem. Ten popielec, któremu trzecie oko dorobiłem w trakcie napadu, miał przy sobie kilka książek. Pierwsza była o przetrwaniu - rozpalanie ognisk, pierwsza pomoc i takie inne pierdoły, druga z kolei o sztuce ukręcania z gówna bicza. Mam tu na myśli jak z niczego zrobić coś przy pomocy kilku narzędzi. I właśnie dzięki temu byłem w stanie serwisować moją broń, produkować naboje, tworzyć sobie ulepszenia takie jak buty na sprężynach czy czapka ze szkłem powiększającym. Świetna rzecz, naprawdę, szczególnie dla osoby która dookoła nie ma nic poza jałową ziemią. No, prawie nic...

Innym moim zajęciem było przychodzenie na wzgórze i oglądanie tego jak radzi sobie mój stary dom. Przychodziłem co jakiś czas, gapiąc się na ludzi których tak bardzo nienawidzę. Najchętniej to bym ich powystrzelał, ale gdzie tam sam z motyką na słońce się garnąć. Ktoś po ojcu szybko przejął dowodzenie i toczyło się dalej. Dalej napadali na transporty, ale mieli jedną przeszkodę - mnie. To może też zaskarbiło sobie przychylność tych strażników w złotych ciuchach, ale nie wdawałem się w zbytnie kontakty z nimi. Zrobić co zrobić, wysłać kilku parszywców do Grenth i spadać gdzieś indziej.

Ale nigdy nie zapomnę jej. Może dlatego oszczędzałem się przed wpadnięciem do obozu na pałę i strzelania do kogo popadnie? Pewnego dnia jej nie zauważyłem. I tak co każdy następny raz - Esmiry już nie było. Umarła? Bo chyba tylko to ją mogło spotkać. Ale na pewno nie z mojej ręki, nigdy nie spotkałem jej na Drodze podczas napadu. Może i to z korzyścią dla nas obu.

No i ostatnią rzeczą którą się zajmowałem to było ściganie rabusi z innych obozowisk. Nigdy nie wiedziałem gdzie są inne, ale prędko okazało się że całkiem niedaleko. No więc urządzałem sobie polowania na takich, co to ich narysowane pyski wisiały w różnych obozach - Lwiej Gwardii (wreszcie się wtedy dowiedziałem jak nazywali się ci złoci strażnicy) i Serafinów, którzy się wprowadzili niedawno. Pojawiły się też sylvari - byli naprawdę przemili ale nie chciałem zostawać u nich długo. Ze wszystkimi handlowałem czym się dało - jedzeniem, ulepszeniami, bronią własnoręcznie robioną czy ulepszeniami.  

Pakt Trzech Parszywców, czyli Triada

Okazało się ze teraz łowca stał się zwierzyną. Skończyły się czasy beztroskiego przemierzania pustkowi z obozu do obozu. Wieść niosła że uformowała się tak zwana Triada, czyli przymierze jakiegoś Inquestu, Dworu Koszmarów oraz bandytów. Pięknie było patrzeć jak trzy złowieszcze siły ze sobą współpracują. Dziwiło mnie, że tak zaskakująco dobrze. 

Ale skończył się mój czas. Wiedziałem, że nie mogę dłużej zostać bo prędzej czy później wpadnę w ich sidła. Byli wszędzie. Nie licząc tych pokręconych roślin które z ziemi wybijały się jak ukryte źródło, szkoda tylko że to pierwsze częściej. Więc musiałem, psia mać, szukać schronienia i tak trafiłem do znajomego mi obozu Serafinów. Tam dowiedziałem się, że niestety ale nie mogą mnie zwerbować. Czemu mnie to nie dziwi? Biurokracja i pogmatwane procedury a żołnierzy brak. Ale usłyszałem o pewnym bractwie, którego siedziba znajduje się na drugim końcu Tyrii, pośród zimowych pustkowi i wiśniowych drzew. Ale jak się tam dostać bez pieniędzy?

I takim oto sposobem, bo podróżach tak zwanymi Drogowskazami, za które serdecznie dziękuje, trafiłem gdzieś na ziemie nornów. Z tymi Drogowskazami to był oczywiście sarkazm, bo mnie zawsze wywalało nie tam gdzie trzeba. Gówniany środek transportu. Zabrałem się z jedną karawaną, no ale oczywiście trza było coś dać w zamian. I tak zostałem tylko z samym płaszczem, bez broni, ale z wiedzą o tym jak sobie poradzić. I dam sobie psia mać radę. Stoję przed wrotami i patrzę na strażnika. 

Wiatry zmian

Mój pierwszy dzień w siedzibie bractwa był jak wejście do domu z czubkami. Wystarczy że wspomnę o kobiecie, która mnie rekrutowała. Pisała coś po kartce, po czym wyszła drzwiami a za chwilę schodzi z góry. Do tego przyznaje że nie pamięta jak opisywała moje podanie. Chora organizacja... Co jeszcze mnie tam czeka? Quaggan latający na balonie w głównej siedzibie? 

Jakkolwiek nie pogięte i niezrozumiałe były pierwsze dni, to odnalazłem się jakoś w tym bajzlu. Na początku odwiedziłem ich warsztat i skorzystałem z wolnych części na konstrukcję dwóch prowizorycznych gnatów. Cholerstwo trzeba czyścić dziennie ale lepsze to niż wydawanie tych zasranych pieniędzy których przy sobie nie miałem. Szczęście, że w okolicy szukano ludzi do pomocy w karczmach i gospodarstwach. I tyle zachodu dla durnych miedzianych i srebrnych krążków...

"Z jakim przystajesz, takim się stajesz". I dobrze mi było że podróżowałem sam. Będąc sam na sam ze sobą mogłem się niczym nie przejmować. Ale teraz? Toż to cholerna choroba, ale zacząłem lubić te osoby. Pal licho że wszystkie rasy są tam w kupę wzięte, różne osobowości z których dałoby się napisać książkę - "Jak można dostać cipca i przy tym nie strzelić sobie w łeb". No, lecz ich polubiłem. Z musu czy od siebie?

Na pewno od siebie. Jakkolwiek bym się nie oszukiwał, to jednak udowodnili że w grupie bezpieczniej. Lecz dalej czasami mam wrażenie, że to wszystko jest pieprzonym szczęśliwym strzałem. Toć niektórzy by sobie do gardeł skoczyli, ba, nawet już się tak raz zdarzyło. Pięć zasad, pięć banalnych do przestrzegania i prostych w interpretacji reguł a i tak wydaje się jakby dla niektórych był to papier do wycierania dupska. Nie mniej jednak... trzymamy się razem.

No właśnie, trzymamy. Niedługo moje zapiski zamienią się w sentymentalny dziennik o tym jak pokochałem grupę obcych istot i zacząłem powierzać im mój żywot. Ale jest w nich coś specjalnego... Usłyszałem opowieści niektórych z nich, z niektórymi piłem, poznałem ich tajemnice, problemy, motywy jakimi się kierują w życiu. To chyba to coś czego brakowało mi w domu. Mówiąc o domu...

Ostatnimi czasy biorę udział w najemniczych wypadach bractwa na pustkowia. Udało mi się już poharatać Triadę, i dobrze! Niech żrą piasek i ołów. Zagrożenie smoczymi pomiotami to już inna bajka, do dzisiaj mam ciary po tej jednej misji. To wszystko jednak wskazuje na to że coś się we mnie zmienia. Na dobre czy na złe? Tracę nad tym panowanie już...

A Drogowskazy dalej płatają mi figle. Pojawiam się czasami nie tam gdzie chcę mimo że jasno daję do zrozumienia. Raz wylądowałem na kompletnym zadupiu i pogoniony przez ogry trafiłem do jakiegoś posterunku popielców. Tylko członkini bractwa które tam spotkałem uratowały mój zadek od wywalenia na zbity pysk. Mam chyba szczęście.

I mówiąc o szczęściu - jedna podróż wyrzuciła mnie gdzieś w jakimś ludzkim mieście. Jak się miało okazać, był to najlepszy zbieg okoliczności jaki mógł się wydarzyć w moim życiu włóczęgi. 

Łut szczęścia w nieudanych wyprawach

Czy pisałem jak bardzo nienawidzę podróży Drogowskazami? Zasrane ustrojstwo raz na cztery podróże wywali mnie gdzieś, gdzie nie chciałem się pojawić. I w ten oto sposób na siłę poznaje świat, akurat w tym momencie gdy do załatwienia mam coś innego. Ja dupczę, jednak nic nie jest tak pewne jak podróż na własnych nogach. Chyba że Ci nogi urwie, to wtedy co najwyżej możesz poudawać kraba nad wybrzeżem chodząc na dwóch rękach. 

Nie mniej jednak jedna z podróży była zaskakująco udana. Po co o tym pisać? Ano po to, że ten wypad zmienił moje życie na dobre, a chyba takie rzeczy się opisuje. No tak czy owak, korzystając z asurańskiego ustrojstwa do podróży przeniosłem się do jakiejś ludzkiej wioski nad jeziorem. Wspaniałe wyżyny dookoła, typowa wiejska zabudowa, ludzie prości, życzliwi, oraz wielki staw od którego waliło zapachem śniętej ryby.

Wyłowiłem wzrokiem największy budynek i pomyślałem sobie, że tam na pewno dowiem się gdzie jestem. Jakież było moje zadowolenie gdy usłyszałem że znajduje się gdzieś blisko południowej granicy Kryty, blisko swojego dawnego domu. Domu do którego nie mam zamiaru wracać bez ciężkiego uzbrojenia. Pluję na stary dom. Ale nie o tym dzisiaj...

Budynek przed którym stałem okazał się karczmą i mieszkaniem władz w jednym. Czego się spodziewać od prostej wioski? Jak pisałem - prości ludzie, proste zasady, żarcie beznadziejne. Zamówiłem jakieś mięso, bez żadnego napitku bo już pieniędzy miałem mało a nocleg trza było opłacić. Szlag by to, że akurat spałem w innym pokoju niż swoim. Miedziaki wywalone w błoto.

Przy stole umieszczonym zaraz przy kominku siedziała jakaś kobieta. Wszystkie ławy i stoły były drewniane, wiejskie. Rzuciła mi się w oczy od razu - delikatne rysy twarzy, gęste blond włosy i odzienie godne szlachcianki niż zwykłej farmerki. Definitywnie tutaj nie pasowała. Siedziała sobie spokojnie, popijając od czasu do czasu wino z lampki. Nie dawało mi to spokoju - co kobieta takiego pokroju robi na takim wygwizdowie? Podróżuje? Ma za dużo pieniędzy i się nudzi? Też mi zajęcia. Siadłem sobie przy kominku i w oczekiwaniu na jedzenie skusiłem się na jeden kufel piwa. Już lepiej nie mieć pieniędzy a być zaspokojonym niż mieć pieniądze a pustynię w gardle. A miedzianymi talarami się nie napiję, chyba że miałoby to być samobójstwo.

Perfidne zrządzenie losu które mnie tu przywołało okazało się być silniejsze od mojej filozofii lania na świat, zupełnie jak w przypadku dołączenia do bractwa. Ta kobieta nie dawała mi spokoju. Ukradkiem patrzyłem na nią, a ona na mnie. Ta wymiana tajniackich spojrzeń doprowadzała mnie do wrzenia szybciej niż norski spirytus, tylko że bez efektu zwracania pożywienia. W końcu nie wytrzymałem i rzuciłem do niej: -Co? Dziwnie zareagowała. Też mi wielce co, jak już coś ją interesuje we mnie to mogłaby się za to nie zabierać jak pies do ruchania. Dopiłem piwo i zaczęła się rozmowa.

Jeżeli bogowie naprawdę istnieją, to tego dnia cała ich łaska spłynęła na moją przeklętą osobę. Chyba już zapomnieli że kilka lat temu odstrzeliłem swoich starych, wysyłając ich dusze na sąd Grenth.  A może właśnie zostałem za to nagrodzony? Kobieta do której się dosiadłem była dziwna jak ta cała arystokracja w stolicy. Typowy przykład. Popija wino powoli, gada pół do mnie pół do siebie, zadaje jakieś dziwne pytania... Nie mniej jednak podjąłem się tej rozmowy. A co tam szkodzi, skoro już mnie wywaliło na takie zadupie to trzeba korzystać z lokalnych rozrywek, zawsze będzie o czym napisać.

Jej oczy, sposób w jaki się wypowiada, pełne gracji ruchy... myślałem że oszaleję. Sposób w jaki znalazłem się w jej pokoju dalej pozostaje dla mnie tajemnicą - wszak tak licho odziany człowiek jak ja, z kilkoma miedziakami w kieszeni jest raczej skarabeuszem pod butem takiej arystokratki. Ale nie chciałem dać się zdeptać. Zamknęła drzwi na klucz kiedy byliśmy w środku. Odwróciłem się i już wiedziałem, ba, nawet tam na dole zdawałem sobie sprawę z tego co chcę zrobić dzisiaj w nocy. Myśl o nadchodzącym dupczeniu jeszcze bardziej zamiotła mi w głowie, odjęła resztki przyzwoitości. Liczyła się tylko ona. Czułem że nie jestem sobą, że patrzę w samą Lyssę która wypina swoje boskie pośladki przede mną i prosi o zerżnięcie. A ja, taki prosty i malutki człowieczek który chce sięgnąć bogini i zaspokoić ją tak, by jej nie umniejszyć. Nie potrafiłem się ocknąć z tych myśli. Nie poczułem nawet na początku jak kładzie swoją dłoń na mojej kamizelce. Za chwilę nie miałem płaszcza na sobie.

Jeśli ludzie kiedykolwiek będą w stanie skraść bogom ogień, to dumnie walnę się w pierś i powiem że ja byłem pierwszy. Ta noc udowodniła mi że nic już nigdy nie będzie takie same, że nie wrócę na pustkowia i nigdy już nie będę chciał być sam. Jakież to zabawne, że po tylu latach posuchy i życia jak mnich dzisiaj zdzieram z siebie ostatnie łachy samotnego włóczęgi i łączę się z nieznajomą mi kobietą. Nawet słowa nie oddadzą tego co wtedy czułem. Bezustanny pociąg do jej delikatnego, zmysłowego ciała. A gdy już wydawało się że to koniec, ona jednym sprawnym ruchem wzywa Cię na jeszcze. I jeszcze. Serce grzmiało w mojej piersi jak uderzenia młota kowalskiego, wykuwającego broń dla żołdaka który ma zostać bohaterem następnej bitwy.

Jednakże kiedyś spać trzeba. Nie sądziłem że zostanie. Zasnęliśmy oboje, a gdy rano promienie słońca i papieros w oknie zwiastowały nadejście nowego dnia, znowu rzuciliśmy się w wir własnych przyjemności. A to wszystko za siedemdziesiąt miedzianych monet wydanych na podróż Drogowskazem który znowu wysadził mnie nie tam gdzie miał. Poznałem jej imię - Jacqueline. Tak dostojne jak ona sama. Choć czym jest to dostojeństwo skoro da się go przelecieć tak samo jak pospólstwo? Głupie pytanie zważając na to co działo się tamtej nocy. Jak dla mnie różnica była kolosalna, ale może to nie na stan majątkowy tej kobiety czy pochodzenie, ale na ten wewnętrzny urok. Nie umiem tego opisać i nawet nie powinienem próbować.

Zaproponowała mi, że mogę u niej pomieszkać. Mieszkanie w samej stolicy! W dzielnicy Salma! Jakkolwiek by to bogate nie było, dla mnie się liczy i tak dach nad głową i... no właśnie. Kolejna duchowa zagwozdka w przeciągu kilku miesięcy. Odkąd postanowiłem przyłączyć się do bractwa, przestaję się poznawać. Stałem się bardziej podatny na uczucia. Jacqueline chyba trafiła w ten punkt, który pozostawał martwy od dawna. Od czasu utraty poprzedniej ukochanej. A raczej pozostawieniu jej. Tak czy siak, za każdym razem gdy otwieram moją papierośnicę i patrzę na gębę czarnoskórej Esmiry, czuję się jakby moje serce było rozdzierane. Ta czarnulka to już przeszłość która nie wróci, zaś Jacqueline wydaje się być lekarstwem na wszystko. I tak też poniosło mnie do jej progów. Więc mam teraz dwa domy - u Jacqueline i w siedzibie, swój własny pokój wreszcie. Co wybieram? To raczej oczywiste. Trzeba tylko pogodzić pracę w bractwie z kobietą. Ale musi zrozumieć. Nie mogę aż tak bardzo się uzależniać.

Znowu za dużo rozmyślam....

Dobry dzień i zły zarazem

Gdy się obudziłem, Jacqueline już nie było. Czasami mnie ta jej robota wpiernicza - wychodzi wcześnie, wraca późno, biega z tymi przesyłkami po jakichś zadupiach a jeszcze nie wiadomo czy to odbiorą. Z drugiej strony, moja fucha wcale nie była ,lepsza. Trafiłem do Lwich Wrót przypadkiem, a usłyszałem że szukają pomocy przy rusztowaniach. Gdzież się będę zastanawiał? Płacą dniówki to biorę. Nie na stałe, nie na zawsze. Tyle ile się da i do widzenia.

No i gdy już ruszyłem zad z łóżka pomyślałem sobie, że dzisiaj trzeba coś ciekawego porobić. Postanowiłem skoczyć do siedziby, może kto przy piwie siądzie, kartach a może jakaś przygoda się trafi? Od zasrania tego w tym bractwie i bardzo dobrze - człowiek się nie może nudzić. A na pewno nie wtedy gdy rzuca się na ciebie wataha wilków-mordremów. Coś wgłębi duszy mi mówi że kiedyś mnie to zgubi ale co tam, młody jestem, więc mogę sobie cholera pozwolić.

I jak zawsze to samo - drogowskaz zaświrował i wylądowałem w miejscu które pierwszy raz widziałem na oczy. Czy domniemanie istniejący bogowie tak bardzo się nudzą i muszą mnie popychać od miejsca do miejsca? Tak sobie pomyślałem na początku. Podniosłem głowę i...

Omal się nie posrałem z wrażenia. Wyrzuciło mnie gdzieś na południowych Dreszczogórach, w miejscu gdzie śnieg ustępuje świeżej, zielonej trawie i karłowatym krzakom. Patrzę w górę - wodospad. Wysoki jak pałac królowej od fundamentów po szczyt. Takiej okazji nie można przepuścić. Popatrzyłem po skałach, możliwych ścieżkach wejścia na górę. Dało się. Zrobiłem to. Wgramoliłem się na górę i zapaliłem sobie.

Balthazarze, powiedzmy że żar rozpalonego tytoniu zawiniętego w białą tutkę będzie moim błogosławieństwem, co? Bo stojąc na tym wodospadzie wydawało mi się że jestem w innym świecie. Że dotykam chmur, za którymi siedzi cała szóstka bogów toczących bekę z tych na dole. Przysiadłem sobie na kamieniu, krzyżując nogi i lekko się garbiąc. Takiego widoku nie wolno zapomnieć. Z każdym wydechem papierosowego dymu uderzała do mnie jedna myśl: "Czemu nie urodziłem się tutaj? Co z tego że zimno. Te tereny są o wiele, wiele lepsze niż pustkowia które tak długo przemierzałem." Tak. Gdyby teraz przyszło mi zostawić dom, na pewno zamieszkał bym tutaj. Byle gdzie, nawet pod jakimś dużym głazem. Przynajmniej nie przejmowałbym się tymi zasranymi pieniędzmi które obracają życie ludzi w jakiś koszmar.

Pora wracać? Gówno, nigdzie nie idę. Znaczy idę, ale na dół i trochę pochodzić. Ale zaraz... może coś by tak... Bukiet górskich chwastów, to jest pomysł. Tym bardziej że przy ich karłowatym wzroście i dość niegęstym rozmieszczeniu bez problemu można jakieś pozbierać. Stałem się romantyczny? Pfah, może, ale dobrze jest mieć coś z tej podróży. Jak się Jacqueline dowie to znowu się będzie przejmować. Słyszę to już od kilku osób. A co ja mogę za to? Po prostu te beznadziejne drogowskazy nie działają i co poradzić? Zdarza się że jeden na tysiąc albo dwa ma taki problem. No i trach, padło na mnie! Już wolę mieć problem z drogowskazem niż krzywym pyskiem jak niektórzy. To jest dopiero przypadłość.

Teraz już poważnie trzeba wracać i tym razem drogowskaz zadziałał. Dzielnica Salma - pełna splendoru z jednej strony, z drugiej ciemnych ulic wypełnionych lichwiarzami. Gdyby nie Jacqueline to pewnie bym tam trafił. Ups, to nie tak. Gdyby nie ona to moja noga by tu nie postała. Miasto... za małe by mogło żyć tu tyle osób. Otwieram drzwi i wchodzę jak zwycięski kapitan Serafinów po udanym rozbiciu posterunku centaurów. Wołam: Moja miła, przyniosłem ci prezent! Odpowiada mi jedynie skrzypienie drzwi i spadający garnek. Gówno... zostawię ten bukiet i idę na piwo.

Mówiłem że miasto jest za małe dla tylu osób? Tym bardziej jak przychodzą tutaj jeszcze inne rasy. No i idąc na przykład, zagapisz się gdzieś i zaraz jakaś asura swoim jajowatym łbem zafunduje Ci boleść między nogami jak się na nią nadziejesz. Albo o, chce ci się lać jak cholera, więc patrzysz czy nie idzie jakiś strażnik i pod drzewko. I co się okazuje? Tak się zapatrzyłeś czy nie idzie straż że nie popatrzyłeś dokładnie na co lejesz. I dostajesz w pysk z korzennej łapy, bo to jakiś sylvari który próbuje zapuścić korzenie na trawniku. Miasto to przekleństwo.

Poszedłem sobie do Rozbitej Bani. Zanim wlazłem do środka - obowiązkowy papieros. I tu o, zagaduje mnie jakaś asura. Czarna jak noc, z czerwonymi włosami. Ale coś takiego jakby... znajomego. To pytam bez ogródek - z bractwa? Z bractwa. To dobrze. Potem widzę jak idzie Alice i Mimi. Wchodzimy do środka - siedzi Rubin. Potem przychodzi jakaś zapłakana kobieta, potem Claire... no, a i jeszcze jakaś Strażniczka Ministerstwa. Potem Sura, Gnomex i jakiś alchemik. Prawdziwy nawał osób. No więc zamiast cichego piwa, zamieniło się to w gadkę szmatkę. Też dobrze, przynajmniej jest pysk otworzyć do kogo gdy nie ma Jacqueline.

Ale nie mogło być za dobrze, co nie? Zrządzenie losu takie jak z tymi drogowskazami, ale z odwrotnym skutkiem. Nagle do środka wbiega szajka bandytów i barykaduje się w środku. A co z nami? Na ziemię i leżeć. Niech to szlag... a miało być zwyczajnie. Chyba jednak Balthazar wkurzył się o to że odpalam papierosa na jego cześć nie w jego świątyni, a na jakiejś górce. No i masz ci - wpadają złodzieje i biją kolbami byś czym prędzej upadał na kolana. Tylko było w tym coś dziwnego...

Ubiór bandziora jest standardowy - znoszony skórzany płaszcz albo zwyczajne tkaniny, wyglądające jak łachmany. Ta, nawet na dworach by tego jako szmaty nie użyli. (Swoją drogą dobry interes z tego mógłby być - kupować szmaty od szlachciców i sprzedawać oprychom.) No i noszą najczęściej chusty, bandany, najczęściej na pysku. Wszyscy wyglądali identycznie, poza oczywiście zasłoniętymi pyskami. Ten, który postanowił mnie skarcić, zawiesił na mnie oko. Pierwsza myśl - pedał jakiś? Spodobałem mu się? Nie, nie gustuję w panach, naprawdę. Zresztą sama natura to mówi - łodyga i kwiat to połączenie i tak zostanie w moim przypadku. Ale dopiero po chwili zdałem sobie sprawę że te oczy skądś znam. Skąd? Z domu? Z podróży? Nie mogłem sobie przypomnieć za cholerę, chociaż wydaje mi się że to musiał być któryś z obozu - mojego lub sąsiedniego. Jeśli tak... nie, to niemożliwe.

Nim się zorientowałem co się dzieje, wywiązała się walka. Alice zamieniła się w plagę, Mimi się teleportowała, asury zaczęły się chować i kombinować nad cichymi podejściami. Ten alchemik... ten to też był aparat. Rozpylił jakieś gówno w pomieszczeniu i wszyscy, prócz niego, potraciliśmy siły w mięśniach. Myślałem że oszaleję, zamknięty sam ze sobą w swoim umyśle. Ani nogi ruszyć, ani po dupie się podrapać - nic! To samo stało się z bandziorami, chociaż niektórzy uciekli. Cholera jasna...

Z odsieczą przyszli nam Serafini, którzy otoczyli budynek wcześniej. Gdyby nie my, to pewnie by czekali do jutra z wejściem. Durni bandyci. Nie dość że dali się przyłapać, to jeszcze robią ludziom kłopoty. Ścierwa. Udało nam się wyjść z tego cało i w sumie każdy poszedł w swoją stronę. Ja też. Prosto do domu. Może Jacqueline już jest...

Była. Czekała na mnie. Powiedziałem jej o wszystkim - o wodospadzie, o kwiatach, o piwie i o bandytach. Zmartwiona postanowiła mnie... udobruchać. Tak... takim miłym akcentem zakończył się ten dzień. Ale wszystko ma swoje konsekwencje. Z tego dnia wyniosłem jedną myśl, która teraz mnie męczy - jeśli ci bandyci mnie rozpoznali, a operują na terenie miasta, to mogę mieć przewalone. Bardzo.

W kupie siła

Cuda niewidy - tak można podsumować to co widziałem przez ostatnie kilka tygodni. Rośliny plujące jadem, wyglądające jak ogromne stworzenia utkane z żywej materii, dziesiątki a nawet i setki żołnierzy w różnych mundurach ale z tym samym celem, naukowców pracujących dzień i noc, próbujących przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Kampania na Srebrnych Pustkowiach.

Kiedy w siedzibie powiedziałem po raz pierwszy, że postaram się jakoś przydać nie sądziłem że tyle razy otrę się o śmierć. Raz bym spłonął, kilka razy zagryzłyby mnie mordremowe wilki, kiedy indziej jeszcze zleciał by mi na łeb ogromny głaz. Ile jeszcze prób zanim faktycznie wykituję? Próbować zawsze można... Ale co ma być to będzie, a skoro jest mi dane pożyć jeszcze trochę, czemu by tego nie wykorzystać? Pieprzone mordremy mogą się udławić, a ja mogę im w tym pomóc - ostrzem i klamą.

Straciłem już rachubę ile razy ktoś ochronił mnie od szczęk mordrema albo ile razy pozbawiłem chwasta głowy w próbie ocalenia komuś życia. Nie czuję się żadnym bohaterem i nie mam zamiaru nim być. Żadne biadolenie o heroicznych czynach nie spowoduje przyrostu męskości ani nie sprawi że będę piękniejszy. Robię to co trzeba, sytuacyjnie. Ta cała kampania nauczyła mnie jednego - współpraca to coś czego wcześniej nie doceniałem. Nawet starzy o tym wiedzieli - dlatego trzymali swoją bandę w kupie i wysyłali grupki na rabowanie karawan, tylko dlatego, że jedna osoba mogłaby całą robotę spieprzyć albo w ogóle nie mieć jak się do tego zabrać. Nie żebym teraz chciał wykorzystać moje znajomości do rabowań, absolutnie.

Pytanie - co dalej? Odpowiedź wydaje się o wiele prostsza kiedy człowiek znalazł sobie miejsce. Jak się okazuje, problemów na świecie nie brakuje - to jakieś centaury atakują, to jakiś szaleniec w czyjejś skórze przychodzi od siedziby i wymaga od nas współpracy. Cholerny zawrót głowy. Ale w tym wszystkim widzę przygodę, taką o jakiej marzy norn po trzech beczkach piwa ale jest za bardzo napruty by sięgnąć po miecz. Do tego mam zamiar zrobić coś sam od siebie dla ludzi, dla tych którzy naprawdę tego potrzebują. Prosperity. Mam nadzieję że festyn który chcę zorganizować dla tych biedaków wypali, a bractwo mnie nie zawiedzie. Czyżby role się miały odwrócić i teraz to gildia będzie wyświadczać przysługę mnie?

Sześć filarów

(w budowie)